Zastanawialiście się kiedyś nad pochodzeniem nazw dzielnic w Warszawie? Oczywiście, że tak. Ale na pewno potraficie rozwiązać wszystkie zagadki nazewnicze? Założę się, że nie
Opiszmy to alfabetycznie.
Bemowo – nazwa pochodzi od nazwiska gen. Józefa Bema, dzielnica, jak wiadomo, do niedawna związana nierozerwalnie z Wojskowymi.
Bielany – zwykło się mówić, iż nazwa pochodzi od mających swą siedzibę na Bielanach białych Kamedułów.
Bródno – nazwa dzielnicy pochodzi od nazwy warownego grodu z IX-X w. (teren obecnego Lasku Bródnowskiego). Gród nazywał się oczywiście Bródno. Jego nazwa wzięła się zaś od brodu (stąd pisownia) – pobliskiego brodu na Wiśle.
Czerniaków – nazwa od niegdysiejszej wsi Czerniakowo.
Grochów, Kamionek (Kamion), Gocław i Kawęczyn – to osady, które wchodziły w skład dóbr Skaryszewskich. Najprawdopodobniej etymologia tych nazw była prosta.
Koło - nazwa związana jest (jak to na Woli) z wolnymi elekcjami - pochodzi od Koła Rycerskiego, czyli miejsca, gdzie stawało zgromadzenie posłów ziemskich.
Marymont – z francuskiego Marie Mont, Góra Marii. Na niniejszym wzniesieniu dla swej ukochanej Marysieńki wzniósł letnią rezydencję nasz zacny Warszawiak Jan III. Dziś w tym miejscu stoi Kościół pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski. Dzisiejsze okolice Parku Kaskada.
Mokotów – pierwotnie w kronikach: "Mokotowo", nazwa pochodzi najprawdopodobniej od imienia pruskiego właściciela wsi, Mokoto - lub Mokot - i po raz pierwszy pojawia się w dokumentach z 1367 r.
Ochota – nazwa pochodzi ponoć od nazwy karczmy „Ochota”.
Pelcowizna – od założyciela niegdysiejszego folwarku – Pelca.
Praga – nazwa wzięła się od XV w. osady położonej vis a vis starego miasta. Jej nazwa natomiast wzięła się od wyprażania, czyli wypalania zalesionych terenów.
Sadyba – właściwie etymologia jest dość czytelna, słowo to bowiem oznacza m. in. osiedle, siedlisko.
Saska Kępa – nazwa pochodzi od napływających w tę okolicę osadników saskich w XVIII w. Dodatkowo w tych rejonach często koszarowała saska gwardia. Wcześniej nosiła nazwę Kępy Olenderskiej – oczywiście od osadników holenderskich.
Skaryszew – nazwa pochodzi od nazwy osady powstałej w wyniku podziału części dóbr w okolicach Kamiona (dzisiejszy Kamionek) przez Kanonika płockiego Stanisława Skarczewskiego. Osada, jak nietrudno zgadnąć, przybrała nazwę po swoim fundatorze.
Solec – nazwa od wsi, która jest sporo starsza niż sama Warszawa. Nazwa wsi wzięła się od soli, która jako jeden z towarów była przewożona barkami z ówczesnego portu na Wiśle.
Szczęśliwice - nazwa pochodzi od wsi Stenclewice, która w XVI wieku należała do rodziny Stenclewskich.
Szmulki – inaczej Szmulowizna. Dzielnica wzięła nazwę od imienia XVIII wiecznego Żyda, właściciela wielu nieruchomości w tym rejonie – Samuela Zbytkowera (Szmula). Zasłynął on przede wszystkim swoją postawą w trakcie rzezi Pragi z roku 1794, kiedy to płacił Rosjanom złotem za uratowanych z rzezi mieszkańców.
Targówek – nazwa pochodzi od XV-wiecznej miejscowości Targowe Małe, wsi należącej do majątku Targowskich i najprawdopodobniej stąd wzięła się nazwa.
Ulrychów – od ogrodów rodziny Ulrichów.
Ursus – od zakładów maszyn rolniczych URSUS
Ursynów – od majątku Juliana Ursyna Niemcewicza.
Włochy – ponoć wzięły swą nazwę od wojsk cudzoziemskich, przypuszczalnie włoskich, które miały stacjonować nieopodal pola elekcyjnego na Woli
Wola – oczywiście od wolnych elekcji królów na polach elekcyjnych.
Wyścigi - zgadnijcie sami…
Żoliborz – z francuskiego Joli Bord – Piękny Brzeg. Takim mianem określano ogrody Collegium Nobilium. Na ich miejscu po 1831 r. wzniesiono Cytadelę.
Oczywiście nie są to wszystkie dzielnice, dzielniczki i osiedla Warszawy. Jeśli ktoś miałby ochotę temat rozwinąć, bądź nawet wyczerpać, gorąco zachęcam.
Szukaj
Kategorie
Napisz do nas
Na stronie
Archiwum
O mnie
Z czym kojarzy się ulica Zgoda? Pamiętna karczma, Dom pod Orłami. Czy pamiętamy jednak kamienicę, jedną z nielicznych, które przetrwały masowe równanie stolicy z ziemią, przy ul. Zgoda 1 na rogu Złotej? Przepiękny budynek zazwyczaj tonie w szmatach, plakatach i rusztowaniach. Raz na jakiś czas ukazuje swoje oblicze. W tym budynku przed wojną mieściła się siedziba Kasy Pożyczkowej Przemysłowców Warszawskich. Projekt budynku jest dziełem Stefana Szyllera. Zastanawialiście się kiedyś jak wygląda w środku? Dzięki poniższemu linkowi możecie zerknąć. A jest na czym oko zawiesić.
Polecam odwiedziny tego tematu, gdzie dzięki niejakiemu Hrabiemu Piotrowi :) możecie się zapoznać z wnętrzami budynku: http://fenomenwarszawy.blogspot.com/2009/11/stefan-szyller-kasa-pozyczkowa.html Dziękujemy mości Hrabio :)
Uwierzycie co skrywa centrum Warszawy? Kto się tym zainteresuje...
Tak, tak. Spółdzielnie mieszkaniowe to oczywiście nie jest spuścizna socjalistycznej ojczyzny. Chociaż od zawsze jest w pewnym sensie spuścizną samego socjalizmu. Jedną z najstarszych spółdzielni jest bowiem Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa założona z inicjatywy Polskiej Partii Socjalistycznej w 1921 r. Jej twórcami i pomysłodawcami byli między innymi: powojenny prezydent Warszawy Stanisław Tołwiński, ojciec Kazimierza Teodora – Teodor Toeplitz, Adam Próchnik. Początkową i główną lokalizacją kolonii WSM były okolice placu Wilsona.
Tak prezentowały się one w Warszawie zniszczonej:

A tak wygląda to dziś:

Jak widać zmiany urbanistyczne w tych okolicach w porównaniu do czasów minionych nie były drastyczne.
Prace nad pierwszym budynkiem rozpoczęto w roku 1925. W akcie założycielskim pierwszej kolonii budynków napisano: „Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa (…) przystąpiła do budowy pierwszego domu zbiorowego w kolonii robotniczej na Żoliborzu, rozpoczynając akcję społeczną mającą na celu dostarczenie szerokim warstwom robotniczym stolicy zdrowych, wygodnych i nowocześnie urządzonych mieszkań”. Ów pierwszy, dziś już nie istniejący, budynek przy samym placu Wilsona oddano do użytku w roku 1927. Zabudowany obszar WSM powiększał się systematycznie dzięki prężnej pracy spółdzielców i w zasadzie braku kłopotów z finansowaniem inwestycji (a to dzięki licznym pożyczkom Banku Gospodarstwa Krajowego, Komitetu Rozbudowy m.st. Warszawy oraz Banca Commerciale Italiana, którego współtwórca i długoletni członek zarządu Józef Toeplitz był bratem jednego z współzałożycieli WSM).
Do końca lat 30. powstało na Żoliborzu dzięki WSM 9 kolonii mieszkaniowych. Wszystkie poza pierwszą w stylu przynajmniej minimalnie modernistycznym. W trakcie budowy poszczególnych inwestycji dbano także o społeczny rozwój okolicy. Już z pierwszą kolonią powstał Dom Społeczny, gdzie urządzono świetlicę, czytelnię i bibliotekę. Wkrótce powstały także przedszkola, gimnazjum, teatr im. Stefana Żeromskiego, kino Tęcza. Do 1938 r. wzniesiono 24 budynki zamieszkiwane przez 5396 osób.
Jak oceniano to już współcześnie, architektura i urbanistyka osiedli WSM stała na najwyższym europejskim poziomie. Jakość owego „poziomu” można podziwiać do dziś, bowiem poza pierwszą kolonią przy placu Wilsona większość budynków przetrwała historyczne zawieruchy.
Jednakże co najważniejsze i najciekawsze WSM jako prawdziwy produkt, prawdziwej myśli socjalistycznej nie poprzestawała na zapewnieniu robotnikom jedynie lokum. Kładziono bardzo duży nacisk na rozwój tzw. urządzeń ogólnych, które mogły w sposób kreatywny zagospodarowywać wolny czas mieszkańców WSM. Tego typu idee były w ówczesnej Europie niezwykle popularne. I to, co warte podkreślenia, nie tylko w państwach o tradycjach socjalistycznych. Dlatego też na osiedlach WSM pełno było podobnych instytucji: Czytelnia „Żoliborz” przy pl. Inwalidów 10, Warszawska Spółdzielnia Księgarska której udział członkowski wynosił 25 zł, Gospoda Spółdzielcza, której jadłodajnia znajdowała się przy ul. Krasińskiego 10 (i która wyrugowała z żoliborskiego rynku „Społem”), Żoliborskie Koło Kooperatystek. To tylko niektóre przykłady. W jednakowym stopniu co o społecznego ducha dbano zawsze na warszawskim Żoliborzu o zieleń. Tak zresztą pozostało do dziś.
Przedwojenna architektura WSM była na pewno zróżnicowana i ciekawa. Niektóre rozwiązania i projekty do dziś zachowują swoją świeżość. Poniżej kilka przykładów architektonicznej myśli robotniczej.
Prace nad pierwszym budynkiem rozpoczęto w roku 1925. W akcie założycielskim pierwszej kolonii budynków napisano: „Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa (…) przystąpiła do budowy pierwszego domu zbiorowego w kolonii robotniczej na Żoliborzu, rozpoczynając akcję społeczną mającą na celu dostarczenie szerokim warstwom robotniczym stolicy zdrowych, wygodnych i nowocześnie urządzonych mieszkań”. Ów pierwszy, dziś już nie istniejący, budynek przy samym placu Wilsona oddano do użytku w roku 1927. Zabudowany obszar WSM powiększał się systematycznie dzięki prężnej pracy spółdzielców i w zasadzie braku kłopotów z finansowaniem inwestycji (a to dzięki licznym pożyczkom Banku Gospodarstwa Krajowego, Komitetu Rozbudowy m.st. Warszawy oraz Banca Commerciale Italiana, którego współtwórca i długoletni członek zarządu Józef Toeplitz był bratem jednego z współzałożycieli WSM).
Do końca lat 30. powstało na Żoliborzu dzięki WSM 9 kolonii mieszkaniowych. Wszystkie poza pierwszą w stylu przynajmniej minimalnie modernistycznym. W trakcie budowy poszczególnych inwestycji dbano także o społeczny rozwój okolicy. Już z pierwszą kolonią powstał Dom Społeczny, gdzie urządzono świetlicę, czytelnię i bibliotekę. Wkrótce powstały także przedszkola, gimnazjum, teatr im. Stefana Żeromskiego, kino Tęcza. Do 1938 r. wzniesiono 24 budynki zamieszkiwane przez 5396 osób.
Jak oceniano to już współcześnie, architektura i urbanistyka osiedli WSM stała na najwyższym europejskim poziomie. Jakość owego „poziomu” można podziwiać do dziś, bowiem poza pierwszą kolonią przy placu Wilsona większość budynków przetrwała historyczne zawieruchy.
Jednakże co najważniejsze i najciekawsze WSM jako prawdziwy produkt, prawdziwej myśli socjalistycznej nie poprzestawała na zapewnieniu robotnikom jedynie lokum. Kładziono bardzo duży nacisk na rozwój tzw. urządzeń ogólnych, które mogły w sposób kreatywny zagospodarowywać wolny czas mieszkańców WSM. Tego typu idee były w ówczesnej Europie niezwykle popularne. I to, co warte podkreślenia, nie tylko w państwach o tradycjach socjalistycznych. Dlatego też na osiedlach WSM pełno było podobnych instytucji: Czytelnia „Żoliborz” przy pl. Inwalidów 10, Warszawska Spółdzielnia Księgarska której udział członkowski wynosił 25 zł, Gospoda Spółdzielcza, której jadłodajnia znajdowała się przy ul. Krasińskiego 10 (i która wyrugowała z żoliborskiego rynku „Społem”), Żoliborskie Koło Kooperatystek. To tylko niektóre przykłady. W jednakowym stopniu co o społecznego ducha dbano zawsze na warszawskim Żoliborzu o zieleń. Tak zresztą pozostało do dziś.
Przedwojenna architektura WSM była na pewno zróżnicowana i ciekawa. Niektóre rozwiązania i projekty do dziś zachowują swoją świeżość. Poniżej kilka przykładów architektonicznej myśli robotniczej.
Mój ulubiony rzut na bloki kolonii VII przy ul. Suzina:

Nie istniejący już dziś Kościół Św. Stanisława Kostki:

Kolonia III:

Budynek I kolonii:

Rzut oka na całą, w większości nie istniejącą już I kolonię:

Przedwojenny plac Wilsona w kierunku Mickiewicza:

Przedwojenny plac Wilsona w kierunku Krasińskiego i parku:

Wnętrze jednego ze sklepów Gospody Spółdzielczej:

Z kronikarskiego obowiązku, za Jerzym S. Majewskim wspomnę jeszcze o krótkiej bazarowej historii okolic Placu Wilsona. Rzecz mianowicie o żoliborski Kercelaku, który powstał tuż po wojnie po zniszczeniu części kamienic I kolonii. Było to miejsce niezwykle gwarne, ruchliwe i popularne wśród mieszkańców Żoliborza. Targowisko zlikwidowano w 1955 r. i na jego miejscu wzniesiono dzisiejsze kino Wisła.
Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa jeszcze przed wojną wybudowała kolonię na Rakowcu, po wojnie zaś na Kole i Mokotowie. W okresie PRL, głównie przez swoje rozmiary, zaczęła tracić swój pierwotny charakter. W 1990 r. z WSM wydzielono WSM Stary Żoliborz, która w bezpośredni sposób miała nawiązywać do przedwojennych tradycji.
Jak wygląda idea WSM współcześnie? Niestety tego ocenić nie mogę. O to wypada zapytać mieszkańców starego Żoliborza. Może któryś z nich się wypowie…
Jak wielkie są związki polityki ze światem przestępczym oczywiście prędko się nie dowiemy. Domyślać się ich można dopiero po latach całych, kiedy na jaw wychodzą niektóre fakty. Jednak i wówczas mówi się właściwe raczej o domysłach niźli o dowiedzionym procederze.
Przedwojenna Warszawa miała również i takie postacie. Mowa oczywiście o osławionym Tacie Tasiemce, nieco na wyrost okrzykniętym polskim Alem Capone. Jak się jednak miało okazać jego wpływy znacznie wykraczały poza możliwości zwykłego gangstera.
Tata Tasiemka, czyli Łukasz Siemiątkowski (1876-1944), swój pseudonim nabył jeszcze za młodzieńczych czasów pracując w przemyśle pasmanteryjnym. Działał w bojówkach PPS zdobywając dla partii fundusze. Z powodu swojej działalności trafił do Cytadeli i skazany został na śmierć. Ta jednak nie nadeszła, nadszedł wcześniej bowiem dzień 11 listopada 1918 r.
Po wojnie (pierwszej) cały czas działał w PPS. Startował nawet w wyborach do senatu, jednak szczytem jego kariery politycznej okazało się stanowisko radnego. Zasłynął jednak nie jako dzielny samorządowiec, ale jako szef gangu na wolskim targowisku – Kercelaku. Gang sprawował „kontrolę” nad handlem i wymuszał opłaty za „opiekę” nad handlującymi, głównie Żydami. Osobiście Tasiemka w biznes mieszał się rzadko, jeżeli już to jako sędzia gangsterskiej dintojry. W jego imieniu zarząd nad procederem sprawował Pantaleon Karpiński – człowiek raczej pozbawiony wszelkich skrupułów. Nie ulega oczywiście wątpliwości jaki charakter przybierał wspomniany zarząd, opieka i kontrola. Nie ulega także wątpliwości zakres i rodzaj stosowanych sankcji. Strumień dochodów płynął do Tasiemki, który część zysków przekazywał partyjnym kolegom.
Poczynania gangu na Kercelaku były tajemnicą poliszynela. Prasa wielokrotnie wspominała o kercelakowej grandzie. Wkrótce społeczność handlarzy postanowiła przedsięwziąć pewne środki. Za pośrednictwem Związku Bezpartyjnych Żydów złożono skargę, która zaskutkowała wszczęciem śledztwa. Już w 1932 r. cała ferajna z Tatą na czele została aresztowana.
Przedwojenna Warszawa miała również i takie postacie. Mowa oczywiście o osławionym Tacie Tasiemce, nieco na wyrost okrzykniętym polskim Alem Capone. Jak się jednak miało okazać jego wpływy znacznie wykraczały poza możliwości zwykłego gangstera.
Tata Tasiemka, czyli Łukasz Siemiątkowski (1876-1944), swój pseudonim nabył jeszcze za młodzieńczych czasów pracując w przemyśle pasmanteryjnym. Działał w bojówkach PPS zdobywając dla partii fundusze. Z powodu swojej działalności trafił do Cytadeli i skazany został na śmierć. Ta jednak nie nadeszła, nadszedł wcześniej bowiem dzień 11 listopada 1918 r.
Po wojnie (pierwszej) cały czas działał w PPS. Startował nawet w wyborach do senatu, jednak szczytem jego kariery politycznej okazało się stanowisko radnego. Zasłynął jednak nie jako dzielny samorządowiec, ale jako szef gangu na wolskim targowisku – Kercelaku. Gang sprawował „kontrolę” nad handlem i wymuszał opłaty za „opiekę” nad handlującymi, głównie Żydami. Osobiście Tasiemka w biznes mieszał się rzadko, jeżeli już to jako sędzia gangsterskiej dintojry. W jego imieniu zarząd nad procederem sprawował Pantaleon Karpiński – człowiek raczej pozbawiony wszelkich skrupułów. Nie ulega oczywiście wątpliwości jaki charakter przybierał wspomniany zarząd, opieka i kontrola. Nie ulega także wątpliwości zakres i rodzaj stosowanych sankcji. Strumień dochodów płynął do Tasiemki, który część zysków przekazywał partyjnym kolegom.
Poczynania gangu na Kercelaku były tajemnicą poliszynela. Prasa wielokrotnie wspominała o kercelakowej grandzie. Wkrótce społeczność handlarzy postanowiła przedsięwziąć pewne środki. Za pośrednictwem Związku Bezpartyjnych Żydów złożono skargę, która zaskutkowała wszczęciem śledztwa. Już w 1932 r. cała ferajna z Tatą na czele została aresztowana.
Oto zdjęcia aresztowanej bandy:

A tak prezentowali się nasi „mafijni bossowie” (z lewej Tasiemka, z prawej Pantaleon):

Tasiemka jednak już po kilku dniach wyszedł za kaucją. Proces, który toczył się pod znakiem mataczenia i zastraszania świadków zakończył się wyrokami dla całego gangu. Bandzie wymierzono od 1 roku do 5 lat więzienia. Siemiątkowski został skazany na 3, zaś jego totumfacki na 6 lat. Po rozpoznaniu apelacji, karę Tasiemki zmniejszono do lat dwóch. Jak się okazało i ten wyrok był dla Pana na Kercelaku za wysoki. Siemiątkowski bowiem został w nadzwyczajnym trybie ułaskawiony przez Prezydenta Rzeczypospolitej. Czyż trzeba wyraźniejszego dowodu na działania prowadzone poza wzrokiem opinii publicznej?
W trakcie wojny Tasiemka działał w konspiracji. Został aresztowany i przez Pawiak trafił na Majdanek, gdzie zmarł w 1944 r. Zaskakujące? Zapewniam, że nie był to jedyny bohater podziemnej Polski o szemranej przeszłości.
Jego związki ze światem przestępczym zostały dowiedzione, zaś jego kariera polityczna nigdy nie była tajemnicą. Zadziwiające, że mógł liczyć na poparcie kolegów nawet jako już „spalony” bandyta. Świadczyć to może tylko o tym, że jego pozycja w świecie polityki był znacznie poważniejsza niż się powszechnie wydawało.
W trakcie wojny Tasiemka działał w konspiracji. Został aresztowany i przez Pawiak trafił na Majdanek, gdzie zmarł w 1944 r. Zaskakujące? Zapewniam, że nie był to jedyny bohater podziemnej Polski o szemranej przeszłości.
Jego związki ze światem przestępczym zostały dowiedzione, zaś jego kariera polityczna nigdy nie była tajemnicą. Zadziwiające, że mógł liczyć na poparcie kolegów nawet jako już „spalony” bandyta. Świadczyć to może tylko o tym, że jego pozycja w świecie polityki był znacznie poważniejsza niż się powszechnie wydawało.
Niedawno Warszawę obiegła niesłychana wieść. Rusza budowa II linii metra. Sensacyjne doniesienia o podpisaniu umowy na budowę sprawiły, że Warszawiacy już teraz oczami wyobraźni widzą te nowe stacje. Już niebawem będę mógł dojechać z Bródna na Koło szybko, komfortowo i wygodnie. Szkoda tylko, że nie za bardzo po co mam jeździć na Koło. Kiedyś pokonywałem tę trasę jadąc do mojego Dziadka. Ale dziś… I pomyśleć, że gdyby historia potoczyła się ździebko inaczej mógłbym odwiedzać Dziadka za pomocą metra jeszcze za jego życia.
Wielu z szacownych czytelników zapewne słyszało o historii niewybudowania warszawskiego metra. Historia ta opowiada o tym jak Stalin zaproponował Bierutowi wybór daru Związku Radzieckiego dla narodu polskiego. Zaoferował do wyboru: metro, osiedle mieszkaniowe lub pałac kultury i nauki. Co wybrał Bierut? Odsyłam na Plac Defilad 1. Jest na co popatrzeć. Później średnio raz na dekadę życie socjalistycznej ojczyzny pisało kolejne historie niewybudowania metra.
Jednakże przedstawiona powyżej historia nie jest pierwszą historią niewybudowania metra. Pierwsza bowiem sięga roku 1925 kiedy to władze Warszawy podjęły decyzję o wdrożeniu projektu „Metropolitan”. Metropolitan to nic innego jak warszawska nazwa kolei podziemnej. Zaplanowano budowę 2 linii metra: Muranów-Pl. Unii Lubelskiej oraz Wola-Praga. W 1927 r. rozpoczęto przygotowania i prace geologiczne. W trakcie budowy tunelu średnicowego (którym zwykła kolej przemieszczała się pod Śródmieściem) w latach 1930-32, uwzględniono już przejście pod nim tunelu metra. Wszelkie prace nad metrem wstrzymał oczywiście Wielki Kryzys. Jestem przekonany, że gdyby władze Warszawy miały choćby mgliste wyobrażenie o tym jak wielkie kryzysy dopiero nadejdą, linia metra powstałaby już na początku lat 30-tych.
Do pomysłu w roku 1938 powrócił jeszcze raz Stefan Starzyński. W jego wersji pomysł nabrał rozmachu. Powołano specjalnie w tym celu Biuro Studiów Kolei Podziemnej. Plany odświeżono, wydłużono pierwotne linie oraz założono wybudowanie kolejnych 5 (tak, tak – łącznie 7 linii metra!). Wybudowanie wszystkich linii miało być podzielone na etapy i zająć 35 lat. Wydaje się długo. Zważywszy jednak, że obecna, JEDYNA, linia warszawskiego metra była budowana 26 lat, można by się zastanowić czy plany nie były zbyt ambitne. Niestety. Jak dobrze wiemy i te plany zostały zweryfikowane przez życie i twórczość wybitnych malarzy tamtego okresu.
Metro to ciężki temat w naszym mieście. Temat groźny, niebezpieczny. Rzadko kiedy wychodziło poza sferę planów. Nic dziwnego, że z taką euforią zakomunikowano nam, że podpisano umowę z wykonawcą, a więc, że przechodzimy od planów do ich wykonania. Trzymam kciuki. Z drugiej strony, trzeba przyznać, że nie wiele dzieliło nas już dawniej od powstania kolei podziemnej. Raptem kilka nieszczęsnych wypadków historii. Wielki Kryzys, II Wojna Światowa i Bierut.
Wielu z szacownych czytelników zapewne słyszało o historii niewybudowania warszawskiego metra. Historia ta opowiada o tym jak Stalin zaproponował Bierutowi wybór daru Związku Radzieckiego dla narodu polskiego. Zaoferował do wyboru: metro, osiedle mieszkaniowe lub pałac kultury i nauki. Co wybrał Bierut? Odsyłam na Plac Defilad 1. Jest na co popatrzeć. Później średnio raz na dekadę życie socjalistycznej ojczyzny pisało kolejne historie niewybudowania metra.
Jednakże przedstawiona powyżej historia nie jest pierwszą historią niewybudowania metra. Pierwsza bowiem sięga roku 1925 kiedy to władze Warszawy podjęły decyzję o wdrożeniu projektu „Metropolitan”. Metropolitan to nic innego jak warszawska nazwa kolei podziemnej. Zaplanowano budowę 2 linii metra: Muranów-Pl. Unii Lubelskiej oraz Wola-Praga. W 1927 r. rozpoczęto przygotowania i prace geologiczne. W trakcie budowy tunelu średnicowego (którym zwykła kolej przemieszczała się pod Śródmieściem) w latach 1930-32, uwzględniono już przejście pod nim tunelu metra. Wszelkie prace nad metrem wstrzymał oczywiście Wielki Kryzys. Jestem przekonany, że gdyby władze Warszawy miały choćby mgliste wyobrażenie o tym jak wielkie kryzysy dopiero nadejdą, linia metra powstałaby już na początku lat 30-tych.
Do pomysłu w roku 1938 powrócił jeszcze raz Stefan Starzyński. W jego wersji pomysł nabrał rozmachu. Powołano specjalnie w tym celu Biuro Studiów Kolei Podziemnej. Plany odświeżono, wydłużono pierwotne linie oraz założono wybudowanie kolejnych 5 (tak, tak – łącznie 7 linii metra!). Wybudowanie wszystkich linii miało być podzielone na etapy i zająć 35 lat. Wydaje się długo. Zważywszy jednak, że obecna, JEDYNA, linia warszawskiego metra była budowana 26 lat, można by się zastanowić czy plany nie były zbyt ambitne. Niestety. Jak dobrze wiemy i te plany zostały zweryfikowane przez życie i twórczość wybitnych malarzy tamtego okresu.
Metro to ciężki temat w naszym mieście. Temat groźny, niebezpieczny. Rzadko kiedy wychodziło poza sferę planów. Nic dziwnego, że z taką euforią zakomunikowano nam, że podpisano umowę z wykonawcą, a więc, że przechodzimy od planów do ich wykonania. Trzymam kciuki. Z drugiej strony, trzeba przyznać, że nie wiele dzieliło nas już dawniej od powstania kolei podziemnej. Raptem kilka nieszczęsnych wypadków historii. Wielki Kryzys, II Wojna Światowa i Bierut.
Eskimosi znają kilkadziesiąt odcieni śnieżnej bieli. Większość z nich potrafią nazwać. Niewątpliwie taka umiejętność rozróżniania rzeczy nierozróżnialnych wynika z tego, że gros znanego im otoczenia stanowi śnieg, lód albo firn. Język przedwojennej Warszawy rozróżniał kilkadziesiąt gatunków kradzieży, łącznie z podziałem na kategorie, rodziny, grupy, podgrupy i podgatunki. Nazwy można było podzielić ze względu na przedmiot kradzieży, podmiot i modus operandi. I wszystko to dlatego, że kradzieże od końca XVIII w. były wielką bolączką Warszawy. Z czasem stała się ona tak dokuczliwa, że była wyraźnym bodźcem do poprawy bezpieczeństwa na ulicach. Z drugiej zaś strony kultura złodziejskiego świata rozrosła się tak wielce, że jego nazewnictwo mogło stać się przedmiotem naprawdę solidnej rozprawy doktorskiej.
Zagłębienie się w ten temat jest o tyleż ciekawe co niebezpieczne. Ciekawe – to się rozumie samo przez się. Niebezpieczne – bo tematu wyczerpać nie sposób w kilku zdaniach. Dlatego też, jak w każdym temacie „gwarowym” poczynię zastrzeżenie, że artykuł niniejszy stać się może jedynie przyczynkiem do tematu właściwego. Zatem zapoznajmy się w nadchodzących akapitach z elementarnymi podstawami terminologii.
Na wstępie podzielmy kradzieże wg ogólnego sposobu działania. Były to kradzieże tzw. sobków i przyjemniaczków. Sobki (sobkowie) działali w ukryciu, nie narażając się na groźbę bycia ujrzanym przez ewentualnych świadków czy też ofiary. Przyjemniaczki działały bardziej otwarcie, nie stroniąc od konfrontacji z frajerem, począwszy od zwykłego bajtlu aż do rozboju na grandę włącznie.
Dalej wśród kradzieży sobków można wyróżnić kradzieże „na ślam” tzn. podczas snu ofiar bądź ewentualnych świadków. W tej kategorii znajdziemy na pewno: klawiszników (włamywaczy), wśród których wyróżnimy szpryngowców i gitmorgenbiterowców oraz lipkarzy (wchodzących do domów przez okno lub lufcik). Bez względu już na porę dnia wyróżnimy: kasoarów (kasiarzy); obiadowców kradnących w porze obiadowej, szopenfeldziarzy (złodziei sklepowych), doliniarzy (kieszonkowców), potokarzy i jeszcze kilka innych złodziejskich specjalizacji.
Wśród nie bojących się konfrontacji z ofiarą złodziei znajdą się oczywiście wszyscy działający na grandę. Dodatkowo wśród jawnie działających wyróżniali się bajtlujący z finezją farmazoni (czyli cwaniacy i oszuści). Ci ostatni, osławieni kilkoma spektakularnymi akcjami opisanymi w przedwojennych gazetach mogliby dostarczyć scenariusza nie jednemu filmowi. Często też są, obok słynnych kasiarzy,bohaterami wielu opowieści. Nie da się niestety ukryć, że działalność dajmy na to obiadowca była dalece mniej ciekawa. Jednakże sam fakt nadania oddzielnej nazwy jego fachowi jest już godny odnotowania.
Cóż – nie przeczę, że zrobiło się naukowo. Potraktujmy to jednak jako wstęp. Mam nadzieję, że w przyszłości uda nam się przedstawić poszczególne specjalizacje nieco rzetelniej. Tym bardziej, że niektóre z nich dostarczały naprawdę bajkowych wręcz anegdot.
Zagłębienie się w ten temat jest o tyleż ciekawe co niebezpieczne. Ciekawe – to się rozumie samo przez się. Niebezpieczne – bo tematu wyczerpać nie sposób w kilku zdaniach. Dlatego też, jak w każdym temacie „gwarowym” poczynię zastrzeżenie, że artykuł niniejszy stać się może jedynie przyczynkiem do tematu właściwego. Zatem zapoznajmy się w nadchodzących akapitach z elementarnymi podstawami terminologii.
Na wstępie podzielmy kradzieże wg ogólnego sposobu działania. Były to kradzieże tzw. sobków i przyjemniaczków. Sobki (sobkowie) działali w ukryciu, nie narażając się na groźbę bycia ujrzanym przez ewentualnych świadków czy też ofiary. Przyjemniaczki działały bardziej otwarcie, nie stroniąc od konfrontacji z frajerem, począwszy od zwykłego bajtlu aż do rozboju na grandę włącznie.
Dalej wśród kradzieży sobków można wyróżnić kradzieże „na ślam” tzn. podczas snu ofiar bądź ewentualnych świadków. W tej kategorii znajdziemy na pewno: klawiszników (włamywaczy), wśród których wyróżnimy szpryngowców i gitmorgenbiterowców oraz lipkarzy (wchodzących do domów przez okno lub lufcik). Bez względu już na porę dnia wyróżnimy: kasoarów (kasiarzy); obiadowców kradnących w porze obiadowej, szopenfeldziarzy (złodziei sklepowych), doliniarzy (kieszonkowców), potokarzy i jeszcze kilka innych złodziejskich specjalizacji.
Wśród nie bojących się konfrontacji z ofiarą złodziei znajdą się oczywiście wszyscy działający na grandę. Dodatkowo wśród jawnie działających wyróżniali się bajtlujący z finezją farmazoni (czyli cwaniacy i oszuści). Ci ostatni, osławieni kilkoma spektakularnymi akcjami opisanymi w przedwojennych gazetach mogliby dostarczyć scenariusza nie jednemu filmowi. Często też są, obok słynnych kasiarzy,bohaterami wielu opowieści. Nie da się niestety ukryć, że działalność dajmy na to obiadowca była dalece mniej ciekawa. Jednakże sam fakt nadania oddzielnej nazwy jego fachowi jest już godny odnotowania.
Cóż – nie przeczę, że zrobiło się naukowo. Potraktujmy to jednak jako wstęp. Mam nadzieję, że w przyszłości uda nam się przedstawić poszczególne specjalizacje nieco rzetelniej. Tym bardziej, że niektóre z nich dostarczały naprawdę bajkowych wręcz anegdot.
Wyobraź sobie siebie w przedwojennej Warszawie gdy…
… przechadzasz się za interesem po ul. Chłodnej. Zupełnie znienacka i całkiem nagle dopada cię głód. Nie świadom niczego wstępujesz do pierwszej napotkanej restauracji, dajmy na to, Pana Żwirka.
Wnętrze niezbyt przytulne, lecz znośne, obłożenie nie przesadzone. Płaszcz pozostawiasz w szatni. Upatrujesz sobie stolik na uboczu, tuż obok wejścia do kuchni. Siadasz wygodnie rozpierając się w krześle i rozpoczynasz cierpliwe oczekiwanie. Zewsząd dobiega gwar jadłodajni. Dla zabicia czasu wyłapujesz z gąszczu dźwięków dobiegającą zza kuchennych drzwi rozmowę.
- Kogóż tam Mieciu masz dziś na rewirze? – zapytał jeden głos.
- Właśnie dwóch frajerszczaków siadło na trójce. W ciemno stawiam, że zaczną od brukowca a potem wezmą karabin. – odpowiedział drugi
- Cynkarze?
- Raczej nie, ale też nie bródkarze. Boku nie będzie.
- Pech bracie.
- Nie taki znowu. Bo na piątce siedzi dwóch akustycznych i już zaczęli od śmiertelki. Czuć, że w wodopoju po utrwalaczu już zaliczyli, gumowi, że hej. A z wyglądu z jednej chewry nie są. Jeden hindus drugi bambus.
- A teraz czysta-ojczysta…
- A u ciebie?
- Amerykanin z Mercedesem.
- Menda z wiechciem?
- Nie. Prawdziwi.
- Znaczy absztyfikant?
- Też nie. On to raczej kakalarz bo do chabaniny zamówił lewatywę.
- Żeby tylko się na cię nie zapatrzył.
- Ty wracaj lepiej na sale, gościa masz. Jak karbowy przykuka to już tylko monopol ze sraczową będziesz uprawiał.
I już po chwili z zasłuchania wyrywa Cię słodkie: „Pan sobie życzy?”
Powyższa scena oddaje charakter kolejnego symbolu warszawskiego folkloru - gwary. Oczywiście nie jest to czas ani miejsce na jakiekolwiek rozważania na temat warszawskiej gwary. W tak krótkim artykule mógłby to być zaledwie wstęp do ogólnego zarysu przekroju problemu. Ale warto zauważyć jedną rzecz. Gwara warszawska jest pojęciem dość ogólnym. Sama w sobie jest niejednorodna, a jej struktura jest uzależniona od wielu czynników. Gwara różniła się w zależności od grupy społecznej, zawodowej a nawet dzielnicy. I właśnie najlepszym przykładem zróżnicowania gwary w Warszawie jest język używany przez kelnerów. Zupełnie inaczej wyglądały bowiem podobne wymiany zdań pomiędzy kelnerami lokali różnej kategorii i położonych w różnych dzielnicach. Powyższy przykład gwary jest charakterystyczny dla przedwojennego Śródmieścia i lokalu kategorii "S". Cóż, zapewniam, że niezwykle intrygująca jest gwara w zwykłej knajpie na Pradze.
Niech ten artykuł będzie zalążkiem bardziej rozciągniętej w czasie serii o warszawskiej gwarze. Naprawdę warto się zatrzymać nad tym tematem nieco dłużej. Dlatego jeżeli ktoś z czytelników miałby jakieś ciekawe koncepcje lub pomysły w tej materii, serdecznie bym prosił kontakt.
… przechadzasz się za interesem po ul. Chłodnej. Zupełnie znienacka i całkiem nagle dopada cię głód. Nie świadom niczego wstępujesz do pierwszej napotkanej restauracji, dajmy na to, Pana Żwirka.
Wnętrze niezbyt przytulne, lecz znośne, obłożenie nie przesadzone. Płaszcz pozostawiasz w szatni. Upatrujesz sobie stolik na uboczu, tuż obok wejścia do kuchni. Siadasz wygodnie rozpierając się w krześle i rozpoczynasz cierpliwe oczekiwanie. Zewsząd dobiega gwar jadłodajni. Dla zabicia czasu wyłapujesz z gąszczu dźwięków dobiegającą zza kuchennych drzwi rozmowę.
- Kogóż tam Mieciu masz dziś na rewirze? – zapytał jeden głos.
- Właśnie dwóch frajerszczaków siadło na trójce. W ciemno stawiam, że zaczną od brukowca a potem wezmą karabin. – odpowiedział drugi
- Cynkarze?
- Raczej nie, ale też nie bródkarze. Boku nie będzie.
- Pech bracie.
- Nie taki znowu. Bo na piątce siedzi dwóch akustycznych i już zaczęli od śmiertelki. Czuć, że w wodopoju po utrwalaczu już zaliczyli, gumowi, że hej. A z wyglądu z jednej chewry nie są. Jeden hindus drugi bambus.
- A teraz czysta-ojczysta…
- A u ciebie?
- Amerykanin z Mercedesem.
- Menda z wiechciem?
- Nie. Prawdziwi.
- Znaczy absztyfikant?
- Też nie. On to raczej kakalarz bo do chabaniny zamówił lewatywę.
- Żeby tylko się na cię nie zapatrzył.
- Ty wracaj lepiej na sale, gościa masz. Jak karbowy przykuka to już tylko monopol ze sraczową będziesz uprawiał.
I już po chwili z zasłuchania wyrywa Cię słodkie: „Pan sobie życzy?”
Powyższa scena oddaje charakter kolejnego symbolu warszawskiego folkloru - gwary. Oczywiście nie jest to czas ani miejsce na jakiekolwiek rozważania na temat warszawskiej gwary. W tak krótkim artykule mógłby to być zaledwie wstęp do ogólnego zarysu przekroju problemu. Ale warto zauważyć jedną rzecz. Gwara warszawska jest pojęciem dość ogólnym. Sama w sobie jest niejednorodna, a jej struktura jest uzależniona od wielu czynników. Gwara różniła się w zależności od grupy społecznej, zawodowej a nawet dzielnicy. I właśnie najlepszym przykładem zróżnicowania gwary w Warszawie jest język używany przez kelnerów. Zupełnie inaczej wyglądały bowiem podobne wymiany zdań pomiędzy kelnerami lokali różnej kategorii i położonych w różnych dzielnicach. Powyższy przykład gwary jest charakterystyczny dla przedwojennego Śródmieścia i lokalu kategorii "S". Cóż, zapewniam, że niezwykle intrygująca jest gwara w zwykłej knajpie na Pradze.
Niech ten artykuł będzie zalążkiem bardziej rozciągniętej w czasie serii o warszawskiej gwarze. Naprawdę warto się zatrzymać nad tym tematem nieco dłużej. Dlatego jeżeli ktoś z czytelników miałby jakieś ciekawe koncepcje lub pomysły w tej materii, serdecznie bym prosił kontakt.
Powtarzając znów za niedoścignionym kompilatorem warszawskiej myśli, Stanisławem Milewskim na wstępie przytoczę opinię Wiktora Gomulickiego, XIX wiecznego felietonisty, który stwierdził, że w Warszawie łatwiej jest o piękną kobietę niż o kufelek dobrego piwa. Jak wiele prawdy jest w tych słowach także obecnie. Jak zwykle krytyczny wobec nieciekawych zjawisk Prus ujął to natomiast w te słowa: "Jeśli kto bierze kiepską wodę, nieczyste naczynia, syrop i sacharynę zamiast słodu, a wronie oko zamiast chmielu, będzie miał nie piwo, ale obmierzłe pomyje, którymi się wszyscy trujemy".
Problem z browarami warszawskimi mamy od zawsze. Ale jak zaczęła się ta historia? Właściwie nie dawno. W początkach wieku XIX w Królestwie Polskim obowiązywał w zasadzie zakaz sprowadzania z zagranicy wszystkiego co z powodzeniem można wyprodukować także w Polsce. Oczywiście zakaz ten nie ominął piwa. Stworzyło to wiele możliwości dla rodzimego przemysłu - nie do końca jednak wykorzystanych.
W zasadzie pierwszym wartym odnotowania browarem, na wielką skalę w Warszawie był browar spółki "Schöffer i Glimpf" na ul. Krochmalnej nabyty na licytacji przez Błażeja Haberbuscha i Konstantego Schiele w 1846 r. Co ciekawe Haberbusch i Schiele byli ponoć pomysłodawcami ogródków piwnych w Warszawie. Na początku XX w. Haberbusch i Schiele był zdecydowanie największym browarem warszawskim. Produkował piwo bawarskie, porter, pilzeńskie i kulmbachskie. W 1921 r po połączeniu kilku firm powstała Spółka Akcyjna Zjednoczonych Browarów "Haberbusch i Schiele”, która udziałem w rynku ustępowała tylko Tychom i Okocimiowi. W 1948 r. na bazie upaństwowionej spółki "Haberbusch i Schiele” powstały dobrze nam znane Browary Warszawskie.
Tak wyglądała reklama spółki "Haberbusch i Schiele”:
W XIX w. Imperium Rosyjskie posiadało trzy metropolie: Petersburg, Moskwę i Warszawę. Każda z nich warta była siebie nawzajem, żadna nie miała się czego wstydzić. Paryż, Rzym, Warszawa. W tej kolejności wymieniane były miasta Europy w latach 30. Warszawa, zwana „Paryżem Północy” miała do zaoferowania znacznie więcej niż większość europejskich stolic. I to pomimo tego że podczas I wojny światowej wyraźnie ją sponiewierano. Pomimo tego, że młode państwo ograbione i zniszczone do szczętu wspinało się na szczyty możliwości by nie przestać istnieć. Ale istniało. I istniała stolica.
Nakłady inwestycyjne i rozwój poczynione w latach 20. i 30. XX w. mogłyby zawstydzić dzisiejszy Madryt, o współczesnym samorządzie Warszawy nie wspominając nawet słowem. Dość powiedzieć, że w latach 1924-1930 w Warszawie oddano 24 300 lokali mieszkalnych! Warszawa obecnie ma 1 709 tys. mieszkańców. A ile miała w 1939 r.? Niewiele mniej niż 1 300 tys. A jaki prezent dostała w 1939 r. wiemy wszyscy.
Po wojnie ludność Warszawy spadła niemal o 2/3. Samo miasto legło w gruzach. Dosłownie. Oczywiście nie legło samo z siebie. Wydatnie przyczyniła się do tego popowstaniowa akcja Równania Wszystkiego do Poziomu Gruntu (dalej RWPG). Zresztą na swój przerażający sposób zakończona powodzeniem.
Ale w jakim celu wspominam o faktach powszechnie znanych? Właśnie o te zniszczenia się rozchodzi. Mój stosunek do wspomnianej akcji RWPG właściwie mógłby być przedmiotem oddzielnego artykułu. Ale nie sposób przy tak nierównej walce jaką stoczyła Warszawa z ładunkami wybuchowymi nie wspomnieć pewnym o symbolu.
Symbol ów nosi nazwę Prudential. Prudential to warszawski wieżowiec, wzniesiony w latach 1931-1934, duma warszawskiej (i Polskiej) myśli architektonicznej i budowlanej. W chwili powstania był w ścisłej czołówce najwyższych budynków Europy. Miał 66 metrów wysokości i 16 pięter. Zbudowany na żelbetowej konstrukcji. Prezentował się następująco:
Nakłady inwestycyjne i rozwój poczynione w latach 20. i 30. XX w. mogłyby zawstydzić dzisiejszy Madryt, o współczesnym samorządzie Warszawy nie wspominając nawet słowem. Dość powiedzieć, że w latach 1924-1930 w Warszawie oddano 24 300 lokali mieszkalnych! Warszawa obecnie ma 1 709 tys. mieszkańców. A ile miała w 1939 r.? Niewiele mniej niż 1 300 tys. A jaki prezent dostała w 1939 r. wiemy wszyscy.
Po wojnie ludność Warszawy spadła niemal o 2/3. Samo miasto legło w gruzach. Dosłownie. Oczywiście nie legło samo z siebie. Wydatnie przyczyniła się do tego popowstaniowa akcja Równania Wszystkiego do Poziomu Gruntu (dalej RWPG). Zresztą na swój przerażający sposób zakończona powodzeniem.
Ale w jakim celu wspominam o faktach powszechnie znanych? Właśnie o te zniszczenia się rozchodzi. Mój stosunek do wspomnianej akcji RWPG właściwie mógłby być przedmiotem oddzielnego artykułu. Ale nie sposób przy tak nierównej walce jaką stoczyła Warszawa z ładunkami wybuchowymi nie wspomnieć pewnym o symbolu.
Symbol ów nosi nazwę Prudential. Prudential to warszawski wieżowiec, wzniesiony w latach 1931-1934, duma warszawskiej (i Polskiej) myśli architektonicznej i budowlanej. W chwili powstania był w ścisłej czołówce najwyższych budynków Europy. Miał 66 metrów wysokości i 16 pięter. Zbudowany na żelbetowej konstrukcji. Prezentował się następująco:

Przypomina Wam coś? Oczywiście, że to obecny hotel Warszawa usytuowany przy ul. Świętokrzyskiej, nieopodal Placu Powstańców Warszawy. Przed wojną był siedzibą Towarzystwa Ubezpieczeń Prudential.
W czasie Powstania Warszawskiego na budynek spadło ok. 1000 pocisków artyleryjskich. W końcu budynek otrzymał także trafienie z niemieckiego samobieżnego moździerza oblężniczego kaliber 600 mm typu Karl-Gerat. Przybliżmy sobie może sylwetkę tego bydlęcia.
Niemcy wyprodukowali 6 takich moździerzy w czasie II wojny światowej. Każdego nazwano imieniem nordyckiego boga. Karl numer 6, którego pociski spadły na Warszawę, nazywał się „Ziu”. Pociski Karla, o wspomnianym już kalibrze 600 mm ważyły 2 tony (!). Do transportu tych pocisków używano podwozi PzKpfw IV. Tak się przedstawiał:
W czasie Powstania Warszawskiego na budynek spadło ok. 1000 pocisków artyleryjskich. W końcu budynek otrzymał także trafienie z niemieckiego samobieżnego moździerza oblężniczego kaliber 600 mm typu Karl-Gerat. Przybliżmy sobie może sylwetkę tego bydlęcia.
Niemcy wyprodukowali 6 takich moździerzy w czasie II wojny światowej. Każdego nazwano imieniem nordyckiego boga. Karl numer 6, którego pociski spadły na Warszawę, nazywał się „Ziu”. Pociski Karla, o wspomnianym już kalibrze 600 mm ważyły 2 tony (!). Do transportu tych pocisków używano podwozi PzKpfw IV. Tak się przedstawiał:

„Ziu” którego pocisk trafił w Prudential, ostrzeliwał Śródmieście z pozycji oddalonej o ok. 4,5 km usytuowanej nieopodal pomnika generała Sowińskiego w Parku na Woli. Oto zdjęcie potwora w trakcie ostrzału:

Poniżej zdjęcia Prudentiala w trakcie trafienia:

Ale polska myśl techniczna pokazała figę myśli niemieckiej*. Budynek, mimo, że w wyniku trafienia odchylił się znacznie od pionu, ustał.

Dla Karla to musiał być siarczysty policzek. On, pod którego ciosami padły umocnienia Sewastopola, został pokonany przez budynek Towarzystwa Ubezpieczeniowego. A po wojnie go odbudowano, dodając nieco socrealistycznego sznytu. Taka wówczas była tradycja…
Tak. To tylko symbol. Ale następnym razem idąc Świętokrzyską może spojrzycie na gmach Hotelu Warszawa nieco przychylniejszym okiem.
Tak. To tylko symbol. Ale następnym razem idąc Świętokrzyską może spojrzycie na gmach Hotelu Warszawa nieco przychylniejszym okiem.
* Prudential już wcześniej pokazał figę niemieckiej myśli technicznej – na jego dachu zamontowano antenę pierwszego nadajnika telewizyjnego – jeszcze przed Olimpiadą w Berlinie ;).
Zastanawialiście się może kiedyś nad tym jak wyglądała kolej przedwojennej Warszawy? Z pozoru tylko jest to temat mało ciekawy.
Jakiś czas temu zastanawiałem się z którego dworca na początku lat 30. można się było wybrać do Gdańska. Definitywnej odpowiedzi na to pytanie ostatecznie nie znalazłem (na razie). Ale naturalnym dla mnie tropem był Dworzec Główny. I tu spotkało mnie właśnie zaskoczenie. Trochę wstyd się przyznać, ale byłem przekonany (podejrzewam, że sporo Warszawiaków również), że przedwojenny Dworzec Główny to nic innego jak dzisiejsza siedziba Muzeum Kolejnictwa przy ul. Towarowej, a do niedawna dworzec Warszawa Główna. Nic bardziej mylnego.
Przedwojenny Dworzec Główny powstał w latach 30. niemal dokładnie w miejscu dzisiejszego Dworca Śródmieście. Jego budowę rozpoczęto w 1932 r. jako uwieńczenie przebudowy Warszawskiego Węzła Kolejowego, z jej najważniejszym elementem na czele czyli linią średnicową – tunelem pod Śródmieściem (wzdłuż Alei Jerozolimskich) oraz mostem kolejowym równoległym (niemal) do mostu Poniatowskiego.
Dworzec Główny to w założeniach budowla wręcz monumentalna. Modernistyczna sylwetka, pasaż handlowy i salony dla VIPów – co nam to może przypominać? Budynek częściowo do użytku oddano w 1938 r. Wcześniej pasażerowie korzystali z prowizorycznej budowli przy ul. Chmielnej. Oczywiście gmach został wysadzony w styczniu 1945 r. A dziś mamy Centralny…
Jakiś czas temu zastanawiałem się z którego dworca na początku lat 30. można się było wybrać do Gdańska. Definitywnej odpowiedzi na to pytanie ostatecznie nie znalazłem (na razie). Ale naturalnym dla mnie tropem był Dworzec Główny. I tu spotkało mnie właśnie zaskoczenie. Trochę wstyd się przyznać, ale byłem przekonany (podejrzewam, że sporo Warszawiaków również), że przedwojenny Dworzec Główny to nic innego jak dzisiejsza siedziba Muzeum Kolejnictwa przy ul. Towarowej, a do niedawna dworzec Warszawa Główna. Nic bardziej mylnego.
Przedwojenny Dworzec Główny powstał w latach 30. niemal dokładnie w miejscu dzisiejszego Dworca Śródmieście. Jego budowę rozpoczęto w 1932 r. jako uwieńczenie przebudowy Warszawskiego Węzła Kolejowego, z jej najważniejszym elementem na czele czyli linią średnicową – tunelem pod Śródmieściem (wzdłuż Alei Jerozolimskich) oraz mostem kolejowym równoległym (niemal) do mostu Poniatowskiego.
Dworzec Główny to w założeniach budowla wręcz monumentalna. Modernistyczna sylwetka, pasaż handlowy i salony dla VIPów – co nam to może przypominać? Budynek częściowo do użytku oddano w 1938 r. Wcześniej pasażerowie korzystali z prowizorycznej budowli przy ul. Chmielnej. Oczywiście gmach został wysadzony w styczniu 1945 r. A dziś mamy Centralny…
Gmach Dworca Głównego wyglądał tak (dacie wiarę?):

No ale co z podróżą do Gdańska? :) Wydaje mi się, że tak jak dzisiaj (węzeł kolejowy Warszawy nie uległ znacznej zmainie) - do Gdańska można się było wybrać z Dworca Zachodniego, Głównego i Wschodniego. A do Paryża? Ponoć z Gdańskiego :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



