Dintojra

Historia przedwojennej Warszawy czyli oficjalny kwadrat blatnej chewry

13.11.09

Bar pod Trupkiem

Autor: Kruti

Tuż przed dniem Wszystkich Świętych popełniłem wpis o Cmentarzu Bródnowskim. Wspomniałem tam przelotnie o ważnym miejscu dla praskiego folkloru pogrzebowego - Barze pod Trupkiem. "Pod Trupkiem" to nieoficjalna, ale najpopularniejsza nazwa knajpki położonej niegdyś przy ul. św. Wincentego, niemal vis a vis bramy cmentarnej. Oficjalna nazwa knajpki to "Krańcowa". Było to swego czasu zwyczajowe wręcz miejsce urządzania styp po zmarłych mieszkańcach Bródna, Targówka i Pelcowizny. Miejsce miało swój niepowtarzalny klimat. Nieco mroczny, troszkę szemrany. Ale ostatnie toasty za zmarłego wznoszono właśnie tam. Jeżeli pamiętacie scenę z filmu Vabank II, w której odprawiano stypę po zmarłym Kwincie to właśnie tak wyglądały praskie stypy. Przy piwku, rzewnym tangu, z zakąską i wspomnieniami po zmarłym. To sposób na wyrażenie szacunku.

Stypa, zwana również wśród mieszkańców Pragi syrkiem ujęta została w piosence w taki sposób:

Na Świętego Wincentego
Wprost Cmentarza Bródnowskiego
Piwko się w butelkach pieni
W budce z piwkiem panny Gieni
Po pogrzebie, kto żyw, rusza
Do Gieni na Haberbusza
Tu są zdrówka wszystkich pite
Tych, co odwalili kitę.
I sobie piweczko popija,
Hej, popija! Hej, popija!
Gul, gul, gul, gul, gul, gul,
Gloryja, hej, gloryja, hej, gloryja!

Sam bar po trupkiem tak przedstawił Henryk Grzybowski:


Bar upadł 1967 r. po odebraniu mu koncesji na sprzedaż alkoholu...

9.11.09

Warszawska SM

Autor: Kruti

Tak, tak. Spółdzielnie mieszkaniowe to oczywiście nie jest spuścizna socjalistycznej ojczyzny. Chociaż od zawsze jest w pewnym sensie spuścizną samego socjalizmu. Jedną z najstarszych spółdzielni jest bowiem Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa założona z inicjatywy Polskiej Partii Socjalistycznej w 1921 r. Jej twórcami i pomysłodawcami byli między innymi: powojenny prezydent Warszawy Stanisław Tołwiński, ojciec Kazimierza Teodora – Teodor Toeplitz, Adam Próchnik. Początkową i główną lokalizacją kolonii WSM były okolice placu Wilsona.

Tak prezentowały się one w Warszawie zniszczonej:


A tak wygląda to dziś:



Jak widać zmiany urbanistyczne w tych okolicach w porównaniu do czasów minionych nie były drastyczne.

Prace nad pierwszym budynkiem rozpoczęto w roku 1925. W akcie założycielskim pierwszej kolonii budynków napisano: „Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa (…) przystąpiła do budowy pierwszego domu zbiorowego w kolonii robotniczej na Żoliborzu, rozpoczynając akcję społeczną mającą na celu dostarczenie szerokim warstwom robotniczym stolicy zdrowych, wygodnych i nowocześnie urządzonych mieszkań”. Ów pierwszy, dziś już nie istniejący, budynek przy samym placu Wilsona oddano do użytku w roku 1927. Zabudowany obszar WSM powiększał się systematycznie dzięki prężnej pracy spółdzielców i w zasadzie braku kłopotów z finansowaniem inwestycji (a to dzięki licznym pożyczkom Banku Gospodarstwa Krajowego, Komitetu Rozbudowy m.st. Warszawy oraz Banca Commerciale Italiana, którego współtwórca i długoletni członek zarządu Józef Toeplitz był bratem jednego z współzałożycieli WSM).

Do końca lat 30. powstało na Żoliborzu dzięki WSM 9 kolonii mieszkaniowych. Wszystkie poza pierwszą w stylu przynajmniej minimalnie modernistycznym. W trakcie budowy poszczególnych inwestycji dbano także o społeczny rozwój okolicy. Już z pierwszą kolonią powstał Dom Społeczny, gdzie urządzono świetlicę, czytelnię i bibliotekę. Wkrótce powstały także przedszkola, gimnazjum, teatr im. Stefana Żeromskiego, kino Tęcza. Do 1938 r. wzniesiono 24 budynki zamieszkiwane przez 5396 osób.

Jak oceniano to już współcześnie, architektura i urbanistyka osiedli WSM stała na najwyższym europejskim poziomie. Jakość owego „poziomu” można podziwiać do dziś, bowiem poza pierwszą kolonią przy placu Wilsona większość budynków przetrwała historyczne zawieruchy.

Jednakże co najważniejsze i najciekawsze WSM jako prawdziwy produkt, prawdziwej myśli socjalistycznej nie poprzestawała na zapewnieniu robotnikom jedynie lokum. Kładziono bardzo duży nacisk na rozwój tzw. urządzeń ogólnych, które mogły w sposób kreatywny zagospodarowywać wolny czas mieszkańców WSM. Tego typu idee były w ówczesnej Europie niezwykle popularne. I to, co warte podkreślenia, nie tylko w państwach o tradycjach socjalistycznych. Dlatego też na osiedlach WSM pełno było podobnych instytucji: Czytelnia „Żoliborz” przy pl. Inwalidów 10, Warszawska Spółdzielnia Księgarska której udział członkowski wynosił 25 zł, Gospoda Spółdzielcza, której jadłodajnia znajdowała się przy ul. Krasińskiego 10 (i która wyrugowała z żoliborskiego rynku „Społem”), Żoliborskie Koło Kooperatystek. To tylko niektóre przykłady. W jednakowym stopniu co o społecznego ducha dbano zawsze na warszawskim Żoliborzu o zieleń. Tak zresztą pozostało do dziś.

Przedwojenna architektura WSM była na pewno zróżnicowana i ciekawa. Niektóre rozwiązania i projekty do dziś zachowują swoją świeżość. Poniżej kilka przykładów architektonicznej myśli robotniczej.

Mój ulubiony rzut na bloki kolonii VII przy ul. Suzina:


Nie istniejący już dziś Kościół Św. Stanisława Kostki:


Kolonia III:


Budynek I kolonii:


Rzut oka na całą, w większości nie istniejącą już I kolonię:


Przedwojenny plac Wilsona w kierunku Mickiewicza:


Przedwojenny plac Wilsona w kierunku Krasińskiego i parku:


Wnętrze jednego ze sklepów Gospody Spółdzielczej:



Z kronikarskiego obowiązku, za Jerzym S. Majewskim wspomnę jeszcze o krótkiej bazarowej historii okolic Placu Wilsona. Rzecz mianowicie o żoliborski Kercelaku, który powstał tuż po wojnie po zniszczeniu części kamienic I kolonii. Było to miejsce niezwykle gwarne, ruchliwe i popularne wśród mieszkańców Żoliborza. Targowisko zlikwidowano w 1955 r. i na jego miejscu wzniesiono dzisiejsze kino Wisła.

Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa jeszcze przed wojną wybudowała kolonię na Rakowcu, po wojnie zaś na Kole i Mokotowie. W okresie PRL, głównie przez swoje rozmiary, zaczęła tracić swój pierwotny charakter. W 1990 r. z WSM wydzielono WSM Stary Żoliborz, która w bezpośredni sposób miała nawiązywać do przedwojennych tradycji.

Jak wygląda idea WSM współcześnie? Niestety tego ocenić nie mogę. O to wypada zapytać mieszkańców starego Żoliborza. Może któryś z nich się wypowie…

5.11.09

Tata Tasiemka

Autor: Kruti

 

Jak wielkie są związki polityki ze światem przestępczym oczywiście prędko się nie dowiemy. Domyślać się ich można dopiero po latach całych, kiedy na jaw wychodzą niektóre fakty. Jednak i wówczas mówi się właściwe raczej o domysłach niźli o dowiedzionym procederze.

Przedwojenna Warszawa miała również i takie postacie. Mowa oczywiście o osławionym Tacie Tasiemce, nieco na wyrost okrzykniętym polskim Alem Capone. Jak się jednak miało okazać jego wpływy znacznie wykraczały poza możliwości zwykłego gangstera.

Tata Tasiemka, czyli Łukasz Siemiątkowski (1876-1944), swój pseudonim nabył jeszcze za młodzieńczych czasów pracując w przemyśle pasmanteryjnym. Działał w bojówkach PPS zdobywając dla partii fundusze. Z powodu swojej działalności trafił do Cytadeli i skazany został na śmierć. Ta jednak nie nadeszła, nadszedł wcześniej bowiem dzień 11 listopada 1918 r.

Po wojnie (pierwszej) cały czas działał w PPS. Startował nawet w wyborach do senatu, jednak szczytem jego kariery politycznej okazało się stanowisko radnego. Zasłynął jednak nie jako dzielny samorządowiec, ale jako szef gangu na wolskim targowisku – Kercelaku. Gang sprawował „kontrolę” nad handlem i wymuszał opłaty za „opiekę” nad handlującymi, głównie Żydami. Osobiście Tasiemka w biznes mieszał się rzadko, jeżeli już to jako sędzia gangsterskiej dintojry. W jego imieniu zarząd nad procederem sprawował Pantaleon Karpiński – człowiek raczej pozbawiony wszelkich skrupułów. Nie ulega oczywiście wątpliwości jaki charakter przybierał wspomniany zarząd, opieka i kontrola. Nie ulega także wątpliwości zakres i rodzaj stosowanych sankcji. Strumień dochodów płynął do Tasiemki, który część zysków przekazywał partyjnym kolegom.

Poczynania gangu na Kercelaku były tajemnicą poliszynela. Prasa wielokrotnie wspominała o kercelakowej grandzie. Wkrótce społeczność handlarzy postanowiła przedsięwziąć pewne środki. Za pośrednictwem Związku Bezpartyjnych Żydów złożono skargę, która zaskutkowała wszczęciem śledztwa. Już w 1932 r. cała ferajna z Tatą na czele została aresztowana.

Oto zdjęcia aresztowanej bandy:


A tak prezentowali się nasi „mafijni bossowie” (z lewej Tasiemka, z prawej Pantaleon):


Tasiemka jednak już po kilku dniach wyszedł za kaucją. Proces, który toczył się pod znakiem mataczenia i zastraszania świadków zakończył się wyrokami dla całego gangu. Bandzie wymierzono od 1 roku do 5 lat więzienia. Siemiątkowski został skazany na 3, zaś jego totumfacki na 6 lat. Po rozpoznaniu apelacji, karę Tasiemki zmniejszono do lat dwóch. Jak się okazało i ten wyrok był dla Pana na Kercelaku za wysoki. Siemiątkowski bowiem został w nadzwyczajnym trybie ułaskawiony przez Prezydenta Rzeczypospolitej. Czyż trzeba wyraźniejszego dowodu na działania prowadzone poza wzrokiem opinii publicznej?

W trakcie wojny Tasiemka działał w konspiracji. Został aresztowany i przez Pawiak trafił na Majdanek, gdzie zmarł w 1944 r. Zaskakujące? Zapewniam, że nie był to jedyny bohater podziemnej Polski o szemranej przeszłości.

Jego związki ze światem przestępczym zostały dowiedzione, zaś jego kariera polityczna nigdy nie była tajemnicą. Zadziwiające, że mógł liczyć na poparcie kolegów nawet jako już „spalony” bandyta. Świadczyć to może tylko o tym, że jego pozycja w świecie polityki był znacznie poważniejsza niż się powszechnie wydawało.

27.10.09

Różyc

Autor: Kruti

Opowiadaliśmy już o Kercelaku – największym i najbardziej znaczącym targowisku dawnej Warszawy. Myślę, że to odpowiedni moment by wspomnieć także o targowisku, pamiętającym stare czasy, które istnieje (i ma się dobrze) do dnia dzisiejszego. Mowa o popularnym Bazarze Różyckiego czyli też o Różycu.

Bazar Różyckiego powstał pod koniec XIX w. Przyjmuje się często datę 1901 r. jako rok założenia targowiska. Podobnie jak Kercelak Bazar Różyckiego wziął swą nazwę od nazwiska właściciela placu na którym powstał.

Julian Józef Różycki, z wykształcenia farmaceuta, był w Warszawie znanym społecznikiem. Jemu Praga zawdzięcza m.in. ówczesne gimnazjum męskie a dzisiaj Liceum Ogólnokształcące im. Władysława IV. Różycki skupił kilka działek w okolicach ul. Ząbkowskiej, Brzeskiej i Targowej gdzie, za namową Manasa Ryby – praskiego przedsiębiorcy - założył targowisko. Targowisko dość szybko zyskało popularność po prawej stronie Wisły.

Bazar Różyckiego przetrwał wiele punktów zwrotnych w historii a jego kupcy – często weterani każdej z możliwych od jego powstania wojen – zasłynęli także jako opiekunowie praskiej tradycji, m.in. sprawując pieczę nad praskim Domem Weterana 1863 r.

Bazar Różyckiego przetrwał trzy wojny, w tym dwie światowe, jedno powstanie, jedno wyzwolenie oraz trzy zmiany ustroju. Na dobre zaszkodziło mu dopiero otworzenie jarmarku na stadionie X-lecia. Jak dobrze wiemy Jarmark ów odchodzi z wolna w niepamięć ustępując miejsca stadionowi, na którym ponoć ma zagościć wyłącznie sport. Być może jest to niepowtarzalna szansa dla Bazaru Różyckiego na odzyskanie choćby części blasku.

Zatrzymam się w tym miejscu jeszcze na chwilkę. Jeden z moich dziadków – zamieszkujący jakiś czas na Woli – o sławnym Kerceleku opowiadał mi nie raz, jednakże zawsze pozostawało to wyłącznie w sferze opowiadań. Bazar Różyckiego, jako osoba wychowana po prawej stronie, znam od małego i jest on dla mnie czymś żywym i namacalnym. Mam szczerą nadzieję, że właśnie nadchodzi jego kolejne 5 minut, że stanie się na powrót miejscem ciekawym i wyjątkowym. Mam nadzieję, że jako jeden z ostatnich bastionów bazarowego folkloru Warszawy jakoś przeżyje walkę z krwiożerczym kapitalizmem. Mam nadzieję, że już niebawem będę mógł, jak moi dziadkowie, skosztować porcji flaków i pyz, i polecić to miejsce innym.

23.10.09

Na głodzie

Autor: Kruti

Wyobraź sobie siebie w przedwojennej Warszawie gdy…

… przechadzasz się za interesem po ul. Chłodnej. Zupełnie znienacka i całkiem nagle dopada cię głód. Nie świadom niczego wstępujesz do pierwszej napotkanej restauracji, dajmy na to, Pana Żwirka.

Wnętrze niezbyt przytulne, lecz znośne, obłożenie nie przesadzone. Płaszcz pozostawiasz w szatni. Upatrujesz sobie stolik na uboczu, tuż obok wejścia do kuchni. Siadasz wygodnie rozpierając się w krześle i rozpoczynasz cierpliwe oczekiwanie. Zewsząd dobiega gwar jadłodajni. Dla zabicia czasu wyłapujesz z gąszczu dźwięków dobiegającą zza kuchennych drzwi rozmowę.

- Kogóż tam Mieciu masz dziś na rewirze? – zapytał jeden głos.
- Właśnie dwóch frajerszczaków siadło na trójce. W ciemno stawiam, że zaczną od brukowca a potem wezmą karabin. – odpowiedział drugi
- Cynkarze?
- Raczej nie, ale też nie bródkarze. Boku nie będzie.
- Pech bracie.
- Nie taki znowu. Bo na piątce siedzi dwóch akustycznych i już zaczęli od śmiertelki. Czuć, że w wodopoju po utrwalaczu już zaliczyli, gumowi, że hej. A z wyglądu z jednej chewry nie są. Jeden hindus drugi bambus.
- A teraz czysta-ojczysta…
- A u ciebie?
- Amerykanin z Mercedesem.
- Menda z wiechciem?
- Nie. Prawdziwi.
- Znaczy absztyfikant?
- Też nie. On to raczej kakalarz bo do chabaniny zamówił lewatywę.
- Żeby tylko się na cię nie zapatrzył.
- Ty wracaj lepiej na sale, gościa masz. Jak karbowy przykuka to już tylko monopol ze sraczową będziesz uprawiał.

I już po chwili z zasłuchania wyrywa Cię słodkie: „Pan sobie życzy?”


Powyższa scena oddaje charakter kolejnego symbolu warszawskiego folkloru - gwary. Oczywiście nie jest to czas ani miejsce na jakiekolwiek rozważania na temat warszawskiej gwary. W tak krótkim artykule mógłby to być zaledwie wstęp do ogólnego zarysu przekroju problemu. Ale warto zauważyć jedną rzecz. Gwara warszawska jest pojęciem dość ogólnym. Sama w sobie jest niejednorodna, a jej struktura jest uzależniona od wielu czynników. Gwara różniła się w zależności od grupy społecznej, zawodowej a nawet dzielnicy. I właśnie najlepszym przykładem zróżnicowania gwary w Warszawie jest język używany przez kelnerów. Zupełnie inaczej wyglądały bowiem podobne wymiany zdań pomiędzy kelnerami lokali różnej kategorii i położonych w różnych dzielnicach. Powyższy przykład gwary jest charakterystyczny dla przedwojennego Śródmieścia i lokalu kategorii "S". Cóż, zapewniam, że niezwykle intrygująca jest gwara w zwykłej knajpie na Pradze.

Niech ten artykuł będzie zalążkiem bardziej rozciągniętej w czasie serii o warszawskiej gwarze. Naprawdę warto się zatrzymać nad tym tematem nieco dłużej. Dlatego jeżeli ktoś z czytelników miałby jakieś ciekawe koncepcje lub pomysły w tej materii, serdecznie bym prosił kontakt.

22.10.09

Kercelak

Autor: Kruti

Kercelak był to, proszę młodzieży socjalistycznej, największy przedwojenny dom towarowy, czyli cedet na świeżym powietrzu, a detalicznie ciągnął się od rogu Wolskiej do rogu Leszna, czyli, jak to się teraz mówi, trasy "We-zet".
Stefan Wiechecki, Ekspress Wieczorny, 1957

Kercelak lub Kiercelak czyli Plac Kercelego to największe i cieszące się zróżnicowaną sławą targowisko niegdysiejszej Warszawy. Utworzone w roku 1867 funkcjonowało do 1942 i było niewątpliwie zjawiskiem samym w sobie.

Nazwa Placu pochodzi od nazwiska Józefa Kercelgo, zamożnego obywatela Warszawy, który, według różnych źródeł, ofiarował lub odsprzedał miastu posesję w okolicach ul. Chłodnej i Towarowej aż do Okopowej i Leszna. Plac obejmował powierzchnię ok. 1,5 ha. Początkowo targowisko utworzono z zamiarem handlu paszami. Po kilku latach istnienia przeniesiono na Kercelak stargany z placu Grzybowskiego i dość szybko zyskało popularność wśród handlarzy wszelkiej maści. Po kilku latach od jego powstania na Kercelaku najtrudniej było znaleźć właśnie pasze dla bydła. Było tam natomiast wszystko inne. Starzyzna, tandeta, żywność, warzywa, jatki z mięsem, żywy drób i martwy drób, towar zdobyty legalnie i towar kradziony, towar pierwszej klasy (choć rzadko) i podrabiana lipa – wszystko.

Nie mógł się jawić Kercelak porządnym targowiskiem gdyby nie lokalna kuchnia. Nie istniałby gdyby nie miejscowa grochówka, bigos, schabowy i oczywiście pyzy. Głos sprzedawców zachwalających swe wiktuały to skądinąd prawdziwy trzon bazarowego gwaru, zaraz obok głosów a właściwie odgłosów wszystkowiedzących stołecznych przekupek.

Na Kercelak przybywały różne grupy osób, choć jak łatwo się domyślić raczej nie salonowe elity. Te jednakże wysyłały na Kercelak służbę po towary pierwszej potrzeby. Ludzie biedniejsi na targ fatygowali się oczywiście sami.

Handlowano na Kercelaku na różne sposoby. Handlowano z budek, handlowano z ręki – w każdym wypadku należało uiścić odpowiednią opłatę. Nie brakowało oczywiście chętnych do ominięcia tej konieczności. Z tym procederem bezustanną wojnę toczyli lokalni kontrolerzy.

Jak każde miejsce z towarem i pieniędzmi, także i Kercelak przyciągał jak magnes szemrane towarzystwo. Na targowisku żniwo zbierali cwaniacy i oszuści, grający w trzy karty, doliniarze. W okolicznych zaułkach i bramach często dochodziło do rabunków i pobić. Niekiedy okolice Kercelaka bywały także świadkiem roboty na mokro. Tu także działał polski Al Capone, jak okrzyknięto Tatę Tasiemkę. Jego postać jednak ozdobi inną opowieść.

Nad specyficznym folklorem Kercelaka rozwodzili się wszyscy. Prus, Gomulicki, Wiech. Nie zawsze bywały to słowa krzepiące. Owszem, w większości przypadków krytyce podawano szemrany charakter tego miejsca. Nikt jednak nie pozostawał obojętnym wobec dyskretnego uroku targowiska na placu Kercelego. Aż do roku 1942 gdy z Kercelakiem rozprawili się Niemcy.

Próbowano wskrzesić to osobliwe miejsce po wojnie. Jednak koncepcje co do wyglądu powojennej Warszawy przekreśliły powrót Kercelaka.


Teraz troszkę strony wizualnej.

Oto Kercelak na ortofotomapie z 1945 r.:


A tu jego umiejscowienie na dzisiejszym planie Warszawy. Gdyby przetrwał znajdowałby się mniej więcej tutaj:


Tak natomiast wyglądały kercelakowe stragany:









A to już pusty plac:


Tu zaś ciekawostka, Kercelak na zdjęciu w magazynie Life:


Parafrazując słowa zacytowanego na wstępie Wiecha, można stwierdzić, proszę kapitalistycznej młodzieży, że Kercelak to największa przedwojenna galeria handlowa, wybudowana na świeżym powietrzu…

20.10.09

Warszawscy bibosze

Autor: Kruti

Powtarzając znów za niedoścignionym kompilatorem warszawskiej myśli, Stanisławem Milewskim na wstępie przytoczę opinię Wiktora Gomulickiego, XIX wiecznego felietonisty, który stwierdził, że w Warszawie łatwiej jest o piękną kobietę niż o kufelek dobrego piwa. Jak wiele prawdy jest w tych słowach także obecnie. Jak zwykle krytyczny wobec nieciekawych zjawisk Prus ujął to natomiast w te słowa: "Jeśli kto bierze kiepską wodę, nieczyste naczynia, syrop i sacharynę zamiast słodu, a wronie oko zamiast chmielu, będzie miał nie piwo, ale obmierzłe pomyje, którymi się wszyscy trujemy".

Problem z browarami warszawskimi mamy od zawsze. Ale jak zaczęła się ta historia? Właściwie nie dawno. W początkach wieku XIX w Królestwie Polskim obowiązywał w zasadzie zakaz sprowadzania z zagranicy wszystkiego co z powodzeniem można wyprodukować także w Polsce. Oczywiście zakaz ten nie ominął piwa. Stworzyło to wiele możliwości dla rodzimego przemysłu - nie do końca jednak wykorzystanych.

W zasadzie pierwszym wartym odnotowania browarem, na wielką skalę w Warszawie był browar spółki "Schöffer i Glimpf" na ul. Krochmalnej nabyty na licytacji przez Błażeja Haberbuscha i Konstantego Schiele w 1846 r. Co ciekawe Haberbusch i Schiele byli ponoć pomysłodawcami ogródków piwnych w Warszawie. Na początku XX w. Haberbusch i Schiele był zdecydowanie największym browarem warszawskim. Produkował piwo bawarskie, porter, pilzeńskie i kulmbachskie. W 1921 r po połączeniu kilku firm powstała Spółka Akcyjna Zjednoczonych Browarów "Haberbusch i Schiele”, która udziałem w rynku ustępowała tylko Tychom i Okocimiowi. W 1948 r. na bazie upaństwowionej spółki "Haberbusch i Schiele” powstały dobrze nam znane Browary Warszawskie.

Tak wyglądała reklama spółki "Haberbusch i Schiele”:


A tak wyglądała akcja Zjednoczonych Browarów Warszawskich:



Ciekawe prawda? Odkąd produkcję warszawskiego piwa przeniesiono do Warki ta dziedzina życia kładzie się cieniem na stolicy. A niezmiernie sympatyczna to dziedzina...

18.10.09

Polityka miłości

Autor: Kruti

W XIX w. Imperium Rosyjskie posiadało trzy metropolie: Petersburg, Moskwę i Warszawę. Każda z nich warta była siebie nawzajem, żadna nie miała się czego wstydzić. Paryż, Rzym, Warszawa. W tej kolejności wymieniane były miasta Europy w latach 30. Warszawa, zwana „Paryżem Północy” miała do zaoferowania znacznie więcej niż większość europejskich stolic. I to pomimo tego że podczas I wojny światowej wyraźnie ją sponiewierano. Pomimo tego, że młode państwo ograbione i zniszczone do szczętu wspinało się na szczyty możliwości by nie przestać istnieć. Ale istniało. I istniała stolica.

Nakłady inwestycyjne i rozwój poczynione w latach 20. i 30. XX w. mogłyby zawstydzić dzisiejszy Madryt, o współczesnym samorządzie Warszawy nie wspominając nawet słowem. Dość powiedzieć, że w latach 1924-1930 w Warszawie oddano 24 300 lokali mieszkalnych! Warszawa obecnie ma 1 709 tys. mieszkańców. A ile miała w 1939 r.? Niewiele mniej niż 1 300 tys. A jaki prezent dostała w 1939 r. wiemy wszyscy.

Po wojnie ludność Warszawy spadła niemal o 2/3. Samo miasto legło w gruzach. Dosłownie. Oczywiście nie legło samo z siebie. Wydatnie przyczyniła się do tego popowstaniowa akcja Równania Wszystkiego do Poziomu Gruntu (dalej RWPG). Zresztą na swój przerażający sposób zakończona powodzeniem.

Ale w jakim celu wspominam o faktach powszechnie znanych? Właśnie o te zniszczenia się rozchodzi. Mój stosunek do wspomnianej akcji RWPG właściwie mógłby być przedmiotem oddzielnego artykułu. Ale nie sposób przy tak nierównej walce jaką stoczyła Warszawa z ładunkami wybuchowymi nie wspomnieć pewnym o symbolu.

Symbol ów nosi nazwę Prudential. Prudential to warszawski wieżowiec, wzniesiony w latach 1931-1934, duma warszawskiej (i Polskiej) myśli architektonicznej i budowlanej. W chwili powstania był w ścisłej czołówce najwyższych budynków Europy. Miał 66 metrów wysokości i 16 pięter. Zbudowany na żelbetowej konstrukcji. Prezentował się następująco:


Przypomina Wam coś? Oczywiście, że to obecny hotel Warszawa usytuowany przy ul. Świętokrzyskiej, nieopodal Placu Powstańców Warszawy. Przed wojną był siedzibą Towarzystwa Ubezpieczeń Prudential.

W czasie Powstania Warszawskiego na budynek spadło ok. 1000 pocisków artyleryjskich. W końcu budynek otrzymał także trafienie z niemieckiego samobieżnego moździerza oblężniczego kaliber 600 mm typu Karl-Gerat. Przybliżmy sobie może sylwetkę tego bydlęcia.

Niemcy wyprodukowali 6 takich moździerzy w czasie II wojny światowej. Każdego nazwano imieniem nordyckiego boga. Karl numer 6, którego pociski spadły na Warszawę, nazywał się „Ziu”. Pociski Karla, o wspomnianym już kalibrze 600 mm ważyły 2 tony (!). Do transportu tych pocisków używano podwozi PzKpfw IV. Tak się przedstawiał:


„Ziu” którego pocisk trafił w Prudential, ostrzeliwał Śródmieście z pozycji oddalonej o ok. 4,5 km usytuowanej nieopodal pomnika generała Sowińskiego w Parku na Woli. Oto zdjęcie potwora w trakcie ostrzału:


Poniżej zdjęcia Prudentiala w trakcie trafienia:


Ale polska myśl techniczna pokazała figę myśli niemieckiej*. Budynek, mimo, że w wyniku trafienia odchylił się znacznie od pionu, ustał.


Dla Karla to musiał być siarczysty policzek. On, pod którego ciosami padły umocnienia Sewastopola, został pokonany przez budynek Towarzystwa Ubezpieczeniowego. A po wojnie go odbudowano, dodając nieco socrealistycznego sznytu. Taka wówczas była tradycja…

Tak. To tylko symbol. Ale następnym razem idąc Świętokrzyską może spojrzycie na gmach Hotelu Warszawa nieco przychylniejszym okiem.





* Prudential już wcześniej pokazał figę niemieckiej myśli technicznej – na jego dachu zamontowano antenę pierwszego nadajnika telewizyjnego – jeszcze przed Olimpiadą w Berlinie ;).

17.10.09

Skąd do Paryża?

Autor: Kruti

Zastanawialiście się może kiedyś nad tym jak wyglądała kolej przedwojennej Warszawy? Z pozoru tylko jest to temat mało ciekawy.

Jakiś czas temu zastanawiałem się z którego dworca na początku lat 30. można się było wybrać do Gdańska. Definitywnej odpowiedzi na to pytanie ostatecznie nie znalazłem (na razie). Ale naturalnym dla mnie tropem był Dworzec Główny. I tu spotkało mnie właśnie zaskoczenie. Trochę wstyd się przyznać, ale byłem przekonany (podejrzewam, że sporo Warszawiaków również), że przedwojenny Dworzec Główny to nic innego jak dzisiejsza siedziba Muzeum Kolejnictwa przy ul. Towarowej, a do niedawna dworzec Warszawa Główna. Nic bardziej mylnego.

Przedwojenny Dworzec Główny powstał w latach 30. niemal dokładnie w miejscu dzisiejszego Dworca Śródmieście. Jego budowę rozpoczęto w 1932 r. jako uwieńczenie przebudowy Warszawskiego Węzła Kolejowego, z jej najważniejszym elementem na czele czyli linią średnicową – tunelem pod Śródmieściem (wzdłuż Alei Jerozolimskich) oraz mostem kolejowym równoległym (niemal) do mostu Poniatowskiego.

Dworzec Główny to w założeniach budowla wręcz monumentalna. Modernistyczna sylwetka, pasaż handlowy i salony dla VIPów – co nam to może przypominać? Budynek częściowo do użytku oddano w 1938 r. Wcześniej pasażerowie korzystali z prowizorycznej budowli przy ul. Chmielnej. Oczywiście gmach został wysadzony w styczniu 1945 r. A dziś mamy Centralny…

Gmach Dworca Głównego wyglądał tak (dacie wiarę?):



No ale co z podróżą do Gdańska? :) Wydaje mi się, że tak jak dzisiaj (węzeł kolejowy Warszawy nie uległ znacznej zmainie) - do Gdańska można się było wybrać z Dworca Zachodniego, Głównego i Wschodniego. A do Paryża? Ponoć z Gdańskiego :)

15.10.09

Urke Nachalnik - Żywot własny...

Autor: Kruti



Urke Nachalnik (naprawdę Icek Boruch Farbarowicz) - ur. w 1897 r. w Wiźnie złodziej-literat. Pochodził z żydowskiej rodziny młynarza. W latach dziecięcych przeznaczony przez rodziców do jesziwy - miał zostać rabinem. Jednak - jak sam później wielkorotnie podkreślał - miał pociąg do rzeczy zabronionych. Dość szybko zapoznał się ze złodziejskim fachem i dość szybko okazało się, że złodziejm jest marnym. Wiele lat bowiem ze swej przestępczej kariery Nachalnik (taki przydomek otrzymał w chewrze Cwajnosa) spedził "na pobycie" czyli po prostu w więzieniu.

W więzieniu właśnie nauczył się Nachalnik języka polskiego i zyskał mnóstwo czasu na zgłębianie więziennych bibliotek. Opisując własne wspomnienia i tworząc opowiadani nawiązał współpracę z wydawnictwem „Rój”. W 1933 r. opublikowany została nakładem Towarzystwa Opieki nad Więźniami „Patronat” książka „Życiorys własny przestępcy”, która otworzyła mu drogę do, umiarkowanej co prawda, ale jednak sławy. Ciężar został przerzucony z życia przestępcy na życie literata. Temu pierwszemu jednak Nachalnik zawdzięczał powodzenie w drugim. Nachalnik opublikował jeszcze wiele powieści, opowiadań a nawet sztukę. Zginął w 1939 r. w Otwocku, zastrzelony przez Niemców za ukrywanie broni.

Nachalnik nieco zburzył wyobrażenie przedwojennego Żyda. Zdecydowanie bliżej mu do przestępczych tradycji Chicagowskiej śmietanki - Meyera Lansky'ego czy Hymie Weiss'a, niż do spokojnego sklepikarza z Grzybowskiej. Pamiętajmy jednak, iż fenomen Nachalnika to głównie przeobrażenie w literata. Przestępcą był raczej trzeciorzędnym.

7.10.09

Zdjęcie

Autor: Kruti

najlepsze strony
statystyka