Dintojra

Historia przedwojennej Warszawy czyli oficjalny kwadrat blatnej chewry

30.10.09

Cmentarz na Bródnie

Autor: Kruti

Jako, że atmosfera Wszystkich Świętych powoli i mi zaczyna się udzielać, postanowiłem dać temu wyraz i wspomnieć choć słowem o jednej z naszych warszawskich nekropolii. Tak przy okazji. I przy okazji krótko o dziwnych przypadłościach lat ostatnich.

Zacznijmy jednak od tego co było przedtem. Przedtem w Warszawie rolę głównych cmentarzy spełniały oczywiście Powązki i zapomniany już dziś Cmentarz na Kamionku (Skaryszew). Obie nekropolie jednak już w połowie XIX w. sięgnęły szczytów swoich możliwości. Postanowiono szukać nowego miejsca pochówku Warszawiaków. Głównym inicjatorem tych działań był sam Sokrates Starynkiewicz. Wybór padł na dobrze znane pola po praskiej stronie Wisły. Oczywistym powodem wyboru miejsca na Bródnie była jego ustronność. Możliwość ewentualnego rozbudowania cmentarza, jak się później okazało, była nie do przecenienia.

Prace nad cmentarzem rozpoczęto na początku lat 80. XIX w. W roku 1884 cmentarz poświęcono. Od samego początku Cmentarz Bródnowski (czy też Bródzieński jak się mawiało) stał się miejscem pochówku warszawskiej biedoty, w najlepszym zaś razie klasy średniej. Z czasem, gdy na innych warszawskich cmentarzach miejsca zabrakło definitywnie, Cmentarz na Bródnie zaczął stopniowo tracić swój charakter stając się regularnym miejscem pochówku wszystkich mieszkańców Warszawy.

Już w 1887 r. został wzniesiony na Cmentarzu słynny kościół pw. Św. Wincentego a Paulo. Do jego budowy zużyto deski z rusztowania służącego do ówczesnego remontu kolumny Zygmunta. Deski użyte do budowy rusztowania były surowym niesezonowanym i nieżywicowanym drewnem. Jako takie też zostały użyte do budowy kościoła. Dzięki temu budowli od 130 lat nie imają się korniki. Tak wygląda obecnie:


Jak wspomniałem wcześniej, początkowo założona powierzchnia cmentarza (65ha) dość szybko okazała się niewystarczająca. Cmentarz powiększano kilkakrotnie, ostatni raz w 1934 r. kiedy to osiągnął swą dzisiejszą powierzchnię 113ha. Obecnie na Cmentarzu leży pochowanych 1,2 mln osób. Cały czas jest to jeden z największych cmentarzy w Europie.

Okolice Cmentarza w dniach Wszystkich Świętych zawsze tętniły życiem. W sąsiedztwie cmentarza znajdowało się sporo knajp, jak choćby Bar „Pod Trupkiem”. Również i przed wojną w czasie święta można było na straganach nabyć pańską skórkę i nieodłączne obwarzanki.

Okolice Cmentarza w dniach Wszystkich Świętych tętnią życiem także i dziś. Już w niedzielę na przycmentarnych straganach będzie można kupić wszystko, czego potrzeba duszom. Znicze, wieńce, kwiaty, cukierki, batony, grillowane skrzydełka kurczaka, buty adidasa i koszulki Realu Madryt. Dosłownie wszystko... To prawda, że ostatnimi czasy do tego święta, a co za tym idzie i do okolic cmentarzy, zakradła się kolorowa propaganda konsumpcji, czyli po prostu ciężka przesada.

Dziady, czyli słowiański zwyczaj pozyskiwania przychylności zmarłych strawą i napitkiem, to nasza tradycja. Być może to, co się dzieje na cmentarzach jest nowym elementem tradycji. Ale mi osobiście zamiast Dziadów przypomina to raczej dziadowanie.

28.10.09

Metro niewybudowane

Autor: Kruti

Niedawno Warszawę obiegła niesłychana wieść. Rusza budowa II linii metra. Sensacyjne doniesienia o podpisaniu umowy na budowę sprawiły, że Warszawiacy już teraz oczami wyobraźni widzą te nowe stacje. Już niebawem będę mógł dojechać z Bródna na Koło szybko, komfortowo i wygodnie. Szkoda tylko, że nie za bardzo po co mam jeździć na Koło. Kiedyś pokonywałem tę trasę jadąc do mojego Dziadka. Ale dziś… I pomyśleć, że gdyby historia potoczyła się ździebko inaczej mógłbym odwiedzać Dziadka za pomocą metra jeszcze za jego życia.

Wielu z szacownych czytelników zapewne słyszało o historii niewybudowania warszawskiego metra. Historia ta opowiada o tym jak Stalin zaproponował Bierutowi wybór daru Związku Radzieckiego dla narodu polskiego. Zaoferował do wyboru: metro, osiedle mieszkaniowe lub pałac kultury i nauki. Co wybrał Bierut? Odsyłam na Plac Defilad 1. Jest na co popatrzeć. Później średnio raz na dekadę życie socjalistycznej ojczyzny pisało kolejne historie niewybudowania metra.

Jednakże przedstawiona powyżej historia nie jest pierwszą historią niewybudowania metra. Pierwsza bowiem sięga roku 1925 kiedy to władze Warszawy podjęły decyzję o wdrożeniu projektu „Metropolitan”. Metropolitan to nic innego jak warszawska nazwa kolei podziemnej. Zaplanowano budowę 2 linii metra: Muranów-Pl. Unii Lubelskiej oraz Wola-Praga. W 1927 r. rozpoczęto przygotowania i prace geologiczne. W trakcie budowy tunelu średnicowego (którym zwykła kolej przemieszczała się pod Śródmieściem) w latach 1930-32, uwzględniono już przejście pod nim tunelu metra. Wszelkie prace nad metrem wstrzymał oczywiście Wielki Kryzys. Jestem przekonany, że gdyby władze Warszawy miały choćby mgliste wyobrażenie o tym jak wielkie kryzysy dopiero nadejdą, linia metra powstałaby już na początku lat 30-tych.

Do pomysłu w roku 1938 powrócił jeszcze raz Stefan Starzyński. W jego wersji pomysł nabrał rozmachu. Powołano specjalnie w tym celu Biuro Studiów Kolei Podziemnej. Plany odświeżono, wydłużono pierwotne linie oraz założono wybudowanie kolejnych 5 (tak, tak – łącznie 7 linii metra!). Wybudowanie wszystkich linii miało być podzielone na etapy i zająć 35 lat. Wydaje się długo. Zważywszy jednak, że obecna, JEDYNA, linia warszawskiego metra była budowana 26 lat, można by się zastanowić czy plany nie były zbyt ambitne. Niestety. Jak dobrze wiemy i te plany zostały zweryfikowane przez życie i twórczość wybitnych malarzy tamtego okresu.

Metro to ciężki temat w naszym mieście. Temat groźny, niebezpieczny. Rzadko kiedy wychodziło poza sferę planów. Nic dziwnego, że z taką euforią zakomunikowano nam, że podpisano umowę z wykonawcą, a więc, że przechodzimy od planów do ich wykonania. Trzymam kciuki. Z drugiej strony, trzeba przyznać, że nie wiele dzieliło nas już dawniej od powstania kolei podziemnej. Raptem kilka nieszczęsnych wypadków historii. Wielki Kryzys, II Wojna Światowa i Bierut.

27.10.09

Różyc

Autor: Kruti

Opowiadaliśmy już o Kercelaku – największym i najbardziej znaczącym targowisku dawnej Warszawy. Myślę, że to odpowiedni moment by wspomnieć także o targowisku, pamiętającym stare czasy, które istnieje (i ma się dobrze) do dnia dzisiejszego. Mowa o popularnym Bazarze Różyckiego czyli też o Różycu.

Bazar Różyckiego powstał pod koniec XIX w. Przyjmuje się często datę 1901 r. jako rok założenia targowiska. Podobnie jak Kercelak Bazar Różyckiego wziął swą nazwę od nazwiska właściciela placu na którym powstał.

Julian Józef Różycki, z wykształcenia farmaceuta, był w Warszawie znanym społecznikiem. Jemu Praga zawdzięcza m.in. ówczesne gimnazjum męskie a dzisiaj Liceum Ogólnokształcące im. Władysława IV. Różycki skupił kilka działek w okolicach ul. Ząbkowskiej, Brzeskiej i Targowej gdzie, za namową Manasa Ryby – praskiego przedsiębiorcy - założył targowisko. Targowisko dość szybko zyskało popularność po prawej stronie Wisły.

Bazar Różyckiego przetrwał wiele punktów zwrotnych w historii a jego kupcy – często weterani każdej z możliwych od jego powstania wojen – zasłynęli także jako opiekunowie praskiej tradycji, m.in. sprawując pieczę nad praskim Domem Weterana 1863 r.

Bazar Różyckiego przetrwał trzy wojny, w tym dwie światowe, jedno powstanie, jedno wyzwolenie oraz trzy zmiany ustroju. Na dobre zaszkodziło mu dopiero otworzenie jarmarku na stadionie X-lecia. Jak dobrze wiemy Jarmark ów odchodzi z wolna w niepamięć ustępując miejsca stadionowi, na którym ponoć ma zagościć wyłącznie sport. Być może jest to niepowtarzalna szansa dla Bazaru Różyckiego na odzyskanie choćby części blasku.

Zatrzymam się w tym miejscu jeszcze na chwilkę. Jeden z moich dziadków – zamieszkujący jakiś czas na Woli – o sławnym Kerceleku opowiadał mi nie raz, jednakże zawsze pozostawało to wyłącznie w sferze opowiadań. Bazar Różyckiego, jako osoba wychowana po prawej stronie, znam od małego i jest on dla mnie czymś żywym i namacalnym. Mam szczerą nadzieję, że właśnie nadchodzi jego kolejne 5 minut, że stanie się na powrót miejscem ciekawym i wyjątkowym. Mam nadzieję, że jako jeden z ostatnich bastionów bazarowego folkloru Warszawy jakoś przeżyje walkę z krwiożerczym kapitalizmem. Mam nadzieję, że już niebawem będę mógł, jak moi dziadkowie, skosztować porcji flaków i pyz, i polecić to miejsce innym.

26.10.09

Kradzież nie jedno ma imię

Autor: Kruti

Eskimosi znają kilkadziesiąt odcieni śnieżnej bieli. Większość z nich potrafią nazwać. Niewątpliwie taka umiejętność rozróżniania rzeczy nierozróżnialnych wynika z tego, że gros znanego im otoczenia stanowi śnieg, lód albo firn. Język przedwojennej Warszawy rozróżniał kilkadziesiąt gatunków kradzieży, łącznie z podziałem na kategorie, rodziny, grupy, podgrupy i podgatunki. Nazwy można było podzielić ze względu na przedmiot kradzieży, podmiot i modus operandi. I wszystko to dlatego, że kradzieże od końca XVIII w. były wielką bolączką Warszawy. Z czasem stała się ona tak dokuczliwa, że była wyraźnym bodźcem do poprawy bezpieczeństwa na ulicach. Z drugiej zaś strony kultura złodziejskiego świata rozrosła się tak wielce, że jego nazewnictwo mogło stać się przedmiotem naprawdę solidnej rozprawy doktorskiej.

Zagłębienie się w ten temat jest o tyleż ciekawe co niebezpieczne. Ciekawe – to się rozumie samo przez się. Niebezpieczne – bo tematu wyczerpać nie sposób w kilku zdaniach. Dlatego też, jak w każdym temacie „gwarowym” poczynię zastrzeżenie, że artykuł niniejszy stać się może jedynie przyczynkiem do tematu właściwego. Zatem zapoznajmy się w nadchodzących akapitach z elementarnymi podstawami terminologii.

Na wstępie podzielmy kradzieże wg ogólnego sposobu działania. Były to kradzieże tzw. sobków i przyjemniaczków. Sobki (sobkowie) działali w ukryciu, nie narażając się na groźbę bycia ujrzanym przez ewentualnych świadków czy też ofiary. Przyjemniaczki działały bardziej otwarcie, nie stroniąc od konfrontacji z frajerem, począwszy od zwykłego bajtlu aż do rozboju na grandę włącznie.

Dalej wśród kradzieży sobków można wyróżnić kradzieże „na ślam” tzn. podczas snu ofiar bądź ewentualnych świadków. W tej kategorii znajdziemy na pewno: klawiszników (włamywaczy), wśród których wyróżnimy szpryngowców i gitmorgenbiterowców oraz lipkarzy (wchodzących do domów przez okno lub lufcik). Bez względu już na porę dnia wyróżnimy: kasoarów (kasiarzy); obiadowców kradnących w porze obiadowej, szopenfeldziarzy (złodziei sklepowych), doliniarzy (kieszonkowców), potokarzy i jeszcze kilka innych złodziejskich specjalizacji.

Wśród nie bojących się konfrontacji z ofiarą złodziei znajdą się oczywiście wszyscy działający na grandę. Dodatkowo wśród jawnie działających wyróżniali się bajtlujący z finezją farmazoni (czyli cwaniacy i oszuści). Ci ostatni, osławieni kilkoma spektakularnymi akcjami opisanymi w przedwojennych gazetach mogliby dostarczyć scenariusza nie jednemu filmowi. Często też są, obok słynnych kasiarzy,bohaterami wielu opowieści. Nie da się niestety ukryć, że działalność dajmy na to obiadowca była dalece mniej ciekawa. Jednakże sam fakt nadania oddzielnej nazwy jego fachowi jest już godny odnotowania.

Cóż – nie przeczę, że zrobiło się naukowo. Potraktujmy to jednak jako wstęp. Mam nadzieję, że w przyszłości uda nam się przedstawić poszczególne specjalizacje nieco rzetelniej. Tym bardziej, że niektóre z nich dostarczały naprawdę bajkowych wręcz anegdot.

23.10.09

Na głodzie

Autor: Kruti

Wyobraź sobie siebie w przedwojennej Warszawie gdy…

… przechadzasz się za interesem po ul. Chłodnej. Zupełnie znienacka i całkiem nagle dopada cię głód. Nie świadom niczego wstępujesz do pierwszej napotkanej restauracji, dajmy na to, Pana Żwirka.

Wnętrze niezbyt przytulne, lecz znośne, obłożenie nie przesadzone. Płaszcz pozostawiasz w szatni. Upatrujesz sobie stolik na uboczu, tuż obok wejścia do kuchni. Siadasz wygodnie rozpierając się w krześle i rozpoczynasz cierpliwe oczekiwanie. Zewsząd dobiega gwar jadłodajni. Dla zabicia czasu wyłapujesz z gąszczu dźwięków dobiegającą zza kuchennych drzwi rozmowę.

- Kogóż tam Mieciu masz dziś na rewirze? – zapytał jeden głos.
- Właśnie dwóch frajerszczaków siadło na trójce. W ciemno stawiam, że zaczną od brukowca a potem wezmą karabin. – odpowiedział drugi
- Cynkarze?
- Raczej nie, ale też nie bródkarze. Boku nie będzie.
- Pech bracie.
- Nie taki znowu. Bo na piątce siedzi dwóch akustycznych i już zaczęli od śmiertelki. Czuć, że w wodopoju po utrwalaczu już zaliczyli, gumowi, że hej. A z wyglądu z jednej chewry nie są. Jeden hindus drugi bambus.
- A teraz czysta-ojczysta…
- A u ciebie?
- Amerykanin z Mercedesem.
- Menda z wiechciem?
- Nie. Prawdziwi.
- Znaczy absztyfikant?
- Też nie. On to raczej kakalarz bo do chabaniny zamówił lewatywę.
- Żeby tylko się na cię nie zapatrzył.
- Ty wracaj lepiej na sale, gościa masz. Jak karbowy przykuka to już tylko monopol ze sraczową będziesz uprawiał.

I już po chwili z zasłuchania wyrywa Cię słodkie: „Pan sobie życzy?”


Powyższa scena oddaje charakter kolejnego symbolu warszawskiego folkloru - gwary. Oczywiście nie jest to czas ani miejsce na jakiekolwiek rozważania na temat warszawskiej gwary. W tak krótkim artykule mógłby to być zaledwie wstęp do ogólnego zarysu przekroju problemu. Ale warto zauważyć jedną rzecz. Gwara warszawska jest pojęciem dość ogólnym. Sama w sobie jest niejednorodna, a jej struktura jest uzależniona od wielu czynników. Gwara różniła się w zależności od grupy społecznej, zawodowej a nawet dzielnicy. I właśnie najlepszym przykładem zróżnicowania gwary w Warszawie jest język używany przez kelnerów. Zupełnie inaczej wyglądały bowiem podobne wymiany zdań pomiędzy kelnerami lokali różnej kategorii i położonych w różnych dzielnicach. Powyższy przykład gwary jest charakterystyczny dla przedwojennego Śródmieścia i lokalu kategorii "S". Cóż, zapewniam, że niezwykle intrygująca jest gwara w zwykłej knajpie na Pradze.

Niech ten artykuł będzie zalążkiem bardziej rozciągniętej w czasie serii o warszawskiej gwarze. Naprawdę warto się zatrzymać nad tym tematem nieco dłużej. Dlatego jeżeli ktoś z czytelników miałby jakieś ciekawe koncepcje lub pomysły w tej materii, serdecznie bym prosił kontakt.

22.10.09

Kercelak

Autor: Kruti

Kercelak był to, proszę młodzieży socjalistycznej, największy przedwojenny dom towarowy, czyli cedet na świeżym powietrzu, a detalicznie ciągnął się od rogu Wolskiej do rogu Leszna, czyli, jak to się teraz mówi, trasy "We-zet".
Stefan Wiechecki, Ekspress Wieczorny, 1957

Kercelak lub Kiercelak czyli Plac Kercelego to największe i cieszące się zróżnicowaną sławą targowisko niegdysiejszej Warszawy. Utworzone w roku 1867 funkcjonowało do 1942 i było niewątpliwie zjawiskiem samym w sobie.

Nazwa Placu pochodzi od nazwiska Józefa Kercelgo, zamożnego obywatela Warszawy, który, według różnych źródeł, ofiarował lub odsprzedał miastu posesję w okolicach ul. Chłodnej i Towarowej aż do Okopowej i Leszna. Plac obejmował powierzchnię ok. 1,5 ha. Początkowo targowisko utworzono z zamiarem handlu paszami. Po kilku latach istnienia przeniesiono na Kercelak stargany z placu Grzybowskiego i dość szybko zyskało popularność wśród handlarzy wszelkiej maści. Po kilku latach od jego powstania na Kercelaku najtrudniej było znaleźć właśnie pasze dla bydła. Było tam natomiast wszystko inne. Starzyzna, tandeta, żywność, warzywa, jatki z mięsem, żywy drób i martwy drób, towar zdobyty legalnie i towar kradziony, towar pierwszej klasy (choć rzadko) i podrabiana lipa – wszystko.

Nie mógł się jawić Kercelak porządnym targowiskiem gdyby nie lokalna kuchnia. Nie istniałby gdyby nie miejscowa grochówka, bigos, schabowy i oczywiście pyzy. Głos sprzedawców zachwalających swe wiktuały to skądinąd prawdziwy trzon bazarowego gwaru, zaraz obok głosów a właściwie odgłosów wszystkowiedzących stołecznych przekupek.

Na Kercelak przybywały różne grupy osób, choć jak łatwo się domyślić raczej nie salonowe elity. Te jednakże wysyłały na Kercelak służbę po towary pierwszej potrzeby. Ludzie biedniejsi na targ fatygowali się oczywiście sami.

Handlowano na Kercelaku na różne sposoby. Handlowano z budek, handlowano z ręki – w każdym wypadku należało uiścić odpowiednią opłatę. Nie brakowało oczywiście chętnych do ominięcia tej konieczności. Z tym procederem bezustanną wojnę toczyli lokalni kontrolerzy.

Jak każde miejsce z towarem i pieniędzmi, także i Kercelak przyciągał jak magnes szemrane towarzystwo. Na targowisku żniwo zbierali cwaniacy i oszuści, grający w trzy karty, doliniarze. W okolicznych zaułkach i bramach często dochodziło do rabunków i pobić. Niekiedy okolice Kercelaka bywały także świadkiem roboty na mokro. Tu także działał polski Al Capone, jak okrzyknięto Tatę Tasiemkę. Jego postać jednak ozdobi inną opowieść.

Nad specyficznym folklorem Kercelaka rozwodzili się wszyscy. Prus, Gomulicki, Wiech. Nie zawsze bywały to słowa krzepiące. Owszem, w większości przypadków krytyce podawano szemrany charakter tego miejsca. Nikt jednak nie pozostawał obojętnym wobec dyskretnego uroku targowiska na placu Kercelego. Aż do roku 1942 gdy z Kercelakiem rozprawili się Niemcy.

Próbowano wskrzesić to osobliwe miejsce po wojnie. Jednak koncepcje co do wyglądu powojennej Warszawy przekreśliły powrót Kercelaka.


Teraz troszkę strony wizualnej.

Oto Kercelak na ortofotomapie z 1945 r.:


A tu jego umiejscowienie na dzisiejszym planie Warszawy. Gdyby przetrwał znajdowałby się mniej więcej tutaj:


Tak natomiast wyglądały kercelakowe stragany:









A to już pusty plac:


Tu zaś ciekawostka, Kercelak na zdjęciu w magazynie Life:


Parafrazując słowa zacytowanego na wstępie Wiecha, można stwierdzić, proszę kapitalistycznej młodzieży, że Kercelak to największa przedwojenna galeria handlowa, wybudowana na świeżym powietrzu…

20.10.09

Warszawscy bibosze

Autor: Kruti

Powtarzając znów za niedoścignionym kompilatorem warszawskiej myśli, Stanisławem Milewskim na wstępie przytoczę opinię Wiktora Gomulickiego, XIX wiecznego felietonisty, który stwierdził, że w Warszawie łatwiej jest o piękną kobietę niż o kufelek dobrego piwa. Jak wiele prawdy jest w tych słowach także obecnie. Jak zwykle krytyczny wobec nieciekawych zjawisk Prus ujął to natomiast w te słowa: "Jeśli kto bierze kiepską wodę, nieczyste naczynia, syrop i sacharynę zamiast słodu, a wronie oko zamiast chmielu, będzie miał nie piwo, ale obmierzłe pomyje, którymi się wszyscy trujemy".

Problem z browarami warszawskimi mamy od zawsze. Ale jak zaczęła się ta historia? Właściwie nie dawno. W początkach wieku XIX w Królestwie Polskim obowiązywał w zasadzie zakaz sprowadzania z zagranicy wszystkiego co z powodzeniem można wyprodukować także w Polsce. Oczywiście zakaz ten nie ominął piwa. Stworzyło to wiele możliwości dla rodzimego przemysłu - nie do końca jednak wykorzystanych.

W zasadzie pierwszym wartym odnotowania browarem, na wielką skalę w Warszawie był browar spółki "Schöffer i Glimpf" na ul. Krochmalnej nabyty na licytacji przez Błażeja Haberbuscha i Konstantego Schiele w 1846 r. Co ciekawe Haberbusch i Schiele byli ponoć pomysłodawcami ogródków piwnych w Warszawie. Na początku XX w. Haberbusch i Schiele był zdecydowanie największym browarem warszawskim. Produkował piwo bawarskie, porter, pilzeńskie i kulmbachskie. W 1921 r po połączeniu kilku firm powstała Spółka Akcyjna Zjednoczonych Browarów "Haberbusch i Schiele”, która udziałem w rynku ustępowała tylko Tychom i Okocimiowi. W 1948 r. na bazie upaństwowionej spółki "Haberbusch i Schiele” powstały dobrze nam znane Browary Warszawskie.

Tak wyglądała reklama spółki "Haberbusch i Schiele”:


A tak wyglądała akcja Zjednoczonych Browarów Warszawskich:



Ciekawe prawda? Odkąd produkcję warszawskiego piwa przeniesiono do Warki ta dziedzina życia kładzie się cieniem na stolicy. A niezmiernie sympatyczna to dziedzina...

najlepsze strony
statystyka